"...Relacje z kilkunastu porodów w domu.
Nie są to jednak suche, reporterskie relacje. Byłam czynnym uczestnikiem tych wydarzeń ..."
- pisze Pani Irena Chołuj w słowie wstępnym, w książce PORÓD W DOMU (Wydawnictwo Salezjańskie, Warszawa 1992). Relacje z domowych porodów zgodnych z naturą, które przyjęła jako położna stanowią główną treść tej strony.
- Przedmowa
- Słowo wstępne
- Położna "nawrócona"
- Ula i Marek
- Basia i Jacek
- Ania i Alek
- Ewa i Tomek oraz Dana i Stach
- Ela i Tomek
- Małgosia i Darek
- Agnieszka i Marcin
- Jagoda i Bogdan
- Hania i Michał
- Beata i Piotr
- Wnuczątko
- Isia i Tadeusz
- Adam i Ewa
- Ela i Piotr
- Ola i Wojtek
- Porody domowo-szpitalne (
Kasia i Andrzej ,
Ela i Adam ,
Justyna i Stawek ,
Maria ,
Małgosia i Marian ,
Ania i Piotr oraz Renata i Piotr ,
Jola i Tadeusz ,
Marta i Waldek ,
Żona dziadka )
- Wypowiedzi współczesnych położników
- Jaki powinien być udział położnych w pracy na rzecz rodziny, na rzecz społeczeństwa
- Stereotypy myślenia organizacyjnego w położnictwie
- Czy rodzące się dziecko czuje?
- Wiedza zdobyta w szkole wymaga ciągłego uzupełniania
- Jaka jest rola ojca i męża?
- Nazewnictwo, z którym trzeba walczyć
Przedmowa
W okresie 45 lat trwającego regresu w osobowym wyrażaniu się człowieczeństwa również i opieka położnicza uległa dehumanizacji.
Poród domowy stał się anachronizmem, toteż zawód położnej stracił na znaczeniu. Odbywany w warunkach klinicznych czy szpitalnych poród nie odzwierciedlał wydarzenia rodzinnego. Utworzone w latach pięćdziesiątych izby porodowe zaczęto likwidować w latach siedemdziesiątych. Akt porodowy został objęty procedurą, która upodobniła go do zabiegu operacyjnego.
Prowadzona uporczywie na oddziałach położniczych walka z bakteriami nie uchroniła noworodków od wewnątrzszpitalnych zakażeń, natomiast stała się narzędziem skutecznej izolacji kobiety od wszystkiego, co ją łączyło z rodziną. Położna nie tyle angażowała się w pomoc rodzącej, by uczestniczyć w jej trudzie i radości związanej z wprowadzeniem dziecka w nowy, nieznany świat, ile w wykonanie zleceń lekarskich przewidzianych zasadami tzw. porodu kierowanego.
l oto na horyzoncie pojawia się położna, która podejmuje nieprawdopodobne zadanie przywrócenia porodowi charakteru wydarzenia rodzinnego. Łączy w sobie wielką kulturę osobistą, gruntowne wykształcenie, najwyższe kwalifikacje i umiłowanie swego zawodu. Jest wieloletnią nauczycielką w Warszawskiej Szkole Położnych - szkole, która zdołała przechować najlepsze tradycje z czasów II Rzeczpospolitej. Wszystko to złożyło się na jej przygotowanie do nowego spojrzenia na rolę położnej.
"Nawrócenie" Pani Ireny musiało pociągnąć za sobą zderzenie z nieprzyjazną reakcją ze strony zniewolonej części personelu fachowego prezentującego postawę sztywnego schematyzmu i bezduszności. Stało się to dodatkowym obciążeniem w pracy wykonywanej w warunkach domowych, co niesie ze sobą różne trudności i niespodzianki mimo dobrego przygotowania położnej do pełnienia jej czynności zawodowej. Dlatego jest tu niezbędna życzliwa pomoc ze strony placówek położniczych lecznictwa zamkniętego. Właśnie z tym bywało różnie. Jej działalność nacechowana rozwagą i zdolnością przewidywania następstw, nie zawsze zdołała ją uchronić przed zaciekłą, tępą, nierzadko kłamliwą wrogością, wyłącznie z powodu uczestniczenia w porodzie domowym. Traktowano to niemal jak ciężkie przestępstwo, a przynajmniej jako prowokacyjne łamanie żelaznych kanonów sztuki położniczej.
Książka jest do końca prawdziwa. A prawda wyzwala. Staje się źródłem siły uwalniającej od skostniałych schematów, od nawyku przedmiotowego traktowania rodzącej i jej dziecka, od bezwiednego niszczenia godności powierzonych opiece osób, od zachowań potęgujących osamotnienie kobiety, jej poniżenie, niekiedy wręcz ubezwłasnowolnienie. Odważne zaangażowanie się Pani Ireny umożliwiło objawienie się wielkiego daru rodzenia, który opromienia macierzyństwo, a u towarzyszącego żonie mężczyzny wzbudza zachwyt przewyższający wszelkie możliwe zachwyty.
Prawdziwymi bohaterami tej pięknej książki są ludzie, którzy umożliwili "nawrócenie się" autorki i spowodowali odkrycie wspaniałej perspektywy jej powołania. Znaleźć tu można zapis jej przeżyć i odkryć, jakie pojawiły się na jej nowej drodze.
Przy całej prostocie i skromności relacji obfitujących w fakty a wolnych od sądów, zwłaszcza negatywnych, autorka daje się poznać jako osoba niezwykle życzliwa i wyrozumiała. Czynności swe wykonuje z całą delikatnością i poszanowaniem intymności wzajemnych kontaktów pary rodzicielskiej w akcie rodzenia.
Równocześnie zachowuje stanowczość w podejmowaniu decyzji należących do jej sfery działania.
Współuczestnictwo w porodach domowych, krańcowo odmiennych od porodów objętych szpitalną rutyną, ukazuje w nowym świetle piękno zawodu położnej, która w szczególny sposób umożliwia małżonkom szczytowe zaangażowanie rodzicielskie. "Byłam dla nich" - pisze "jak narząd wewnętrzny ważny dla życia organizmu".
l.) Pani Ireny najpiękniejsze jest to, że nie przywłaszcza nic ze szczęścia osób, którym towarzyszy, jej postawa jest służebna. Stale uczy się cierpliwości. Chodzi tu o cierpliwość spokojną, cichą, ale zarazem czujną. Z niezwykłą prostotą przyjmuje
nabrzmiałe emocją pytanie z odrobiną wymówki: "Dlaczego tak długo Cię nie było?", gdy ona - nie mając do dyspozycji samochodu - biegła po skończonym dyżurze na postój taksówek, by stracić pół godziny na próżne oczekiwanie i w końcu dopaść uciekający autobus.
Co ciekawe, ona nigdy się nie spóźnia. Nawet wtedy, gdy dwie pary z blisko (na szczęście) położonych mieszkań rodzą w odstępie zaledwie kilku minut. To ułatwia jej bycie w harmonii z innymi. Ale ona pozostaje w zgodzie sama ze sobą i to jest klucz jej sprawności. Gdy jej przyjście zostało odebrane jako oczekiwane z niecierpliwością i pewnym niepokojem, szybko rozładowuje wzmożone napięcie. Sama opisuje to tak: "Przytulając Elę powiedziałam: zacznijmy od rozpoznania nastroju dziecka. Serce dziecka pracowało spokojnie, równo, miarowo".
Autorka ceni sobie bardzo możliwość współuczestniczenia w szczęściu tych par rodzicielskich, które dzięki niej mogą rodzić w domu. To powoduje, że uważa zawód położnej za najwspanialszy zawód na świecie.
Na zakończenie chciałbym wyrazić serdeczną wdzięczność zarówno Pani Irenie, jak i tym parom, które na tych kartkach podzieliły się swymi doświadczeniami. Jestem przekonany, że książką zainteresują się nie tylko małżonkowie będący u progu rodzicielstwa, ale również położne i lekarze związani z pionem położniczym.
Łódź, dnia 26 listopada 1991 roku
prof. dr bab. med. Włodzimierz Fijałkowski
Słowo wstępne
Jestem położną od 1964 roku. Dyplom otrzymałam we wspaniałej warszawskiej szkole położnych. Obecnie sama pracuję w tej szkole od kilku lat. Swoją pracą dokładam maleńką cegiełkę do wspólnego dzieła grona pedagogicznego, którego celem jest ukształtowanie w młodych kobietach, które się tu uczą, najlepszych cech osobowości potrzebnych położnej.
Nauczycielem jestem od dziesięciu lat, położną od dwudziestu siedmiu. Wydaje się, że jest to okres wystarczająco długi, by poddać się pokusie opisania piękna zawodu, zawodu ciekawego, odpowiedzialnego, pełnego humanitaryzmu w pracy na rzecz drugiego człowieka.
Jestem absolwentką kierunku pedagogicznego, Wydziału Pielęgniarskiego, po czteroletnich stacjonarnych studiach magisterskich na Akademii Medycznej w Katowicach.
Pracowałam w małym szpitalu na oddziale położniczo-ginekologicznym, w izbie porodowej, w pogotowiu ratunkowym w zespole położniczym "010". Pełniłam funkcję oddziałowej, przełożonej, przez wiele miesięcy zastępowałam pielęgniarkę naczelną ZOZ-u.
Nawet wówczas, gdy pracowałam na stanowiskach funkcyj-nych, asystowałam przy porodach, ponieważ nie potrafiłam być tylko "obok". Najlepiej jednak czułam się w pracy na sali porodowej, bezpośrednio przy rodzącej.
Jako nauczyciel zawodu mam również zajęcia praktyczne ze słuchaczkami na sali porodowej, razem z nimi przyjmuję rodzące się dzieci.
Nigdy nie zapisywałam liczby przyjętych przeze mnie porodów. Sądzę jednak, że moje ręce jako pierwsze trzymały około 10000 noworodków, być może więcej.
Wielokrotnie spotykam swoje dawne rodzące, które pytają:"czy pani mnie pamięta?" Najczęściej widzę wpisaną dawno o oddaniu do druku tego, co napisałam o porodach. Bałam się wytykania palcami, ośmieszania w środowisku zawodowym. Zadawałam sobie pytanie: co jest ważniejsze, mój egoizm (bo w nim tkwi lęk o własne ja) czy dobro innych. Zwyciężyło dobro tych, którym winna jestem pomagać, dobro kobiet rodzących, ich mężów, a wreszcie dobro rodzących się dzieci. Pomogły mi słowa ze 118 Psalmu:
Pan jest ze mną, nie lękam się:
cóż mi może zrobić człowiek?
Postanowiłam przełamać swoje opory nawet kosztem wystawienia się na żer przeciwnikom mojej nowej postawy, postawy w pełni akceptującej plany rodzenia w domu przez tych, którzy chcą tego naprawdę, i u których nie ma wyraźnych przeciwwskazań położniczych. Kobieta powinna rodzić tam, gdzie czuje się bezpiecznie pod dyskretną i czuwającą opieką osób kompetentnych, odpowiedzialnych. Tym miejscem może być typowy szpital, prywatna klinika, dom porodowy, izba porodowa, udomowiona sala porodowa lub własny dom.
Tak powstała druga część książki - relacje z kilkunastu porodów w domu. Nie są to jednak suche, reporterskie relacje. Byłam czynnym uczestnikiem tych wydarzeń, a nie tylko obserwatorem i dlatego zawierają one również moje własne refleksje, ukazują też część mojego prywatnego życia, są bardzo osobiste, prawdziwe.
Nie opisałam wszystkich porodów domowych. Myślę, że ci, których tu nie opisałam wybaczą mi.
Trzecią część stanowią krótkie opisy tych porodów, które zakończyły się w szpitalu. Każdy oddział położniczy rejonowy ma obowiązek przyjęcia rodzącej ze swojego rejonu. Lekarz izby przyjęć nie ma prawa odmówić przyjęcia rodzącej czy kobiety po porodzie, jeśli mieszka ona w rejonie danego szpitala. Powołuję się w tym miejscu na zdanie tak sformułowane przez Krajowego Konsultanta d/s położnictwa.
Czekającym pod domem samochodem odwoziłam do szpitala te rodzące, u których zaobserwowałam w przebiegu porodu jakąś patologię. Spokój, jaki w porodach sprzyja dokładnej analizie sytuacji położniczej, pozwala mi na wczesne spostrzeżenie symptomów takiego zagrożenia. Na pewno dużą rolę spełnia też wieloletnie doświadczenie będące podstawą intuicji zawodowej. Nie czekałabym na karetkę pogotowia, gdyż wiem, jak dużo jest różnorakich powodów przedłużania czasu dojazdu na wezwanie.
Tylko nieliczni lekarze położnicy podchodzą do porodów domowych ze zrozumieniem, ale i oni często ulegają presji środowiska lekarskiego potępiającego ten rodzaj "hochsztaplerstwa".
Nie potępiam tych ludzi - są przyzwyczajeni do pracy zespołowej i zespołowej odpowiedzialności. Trudno jest wówczas podejmować samodzielne decyzje w pracy na wyłącznie własny rachunek. Dlatego bronią oni starego schematu konieczności rodzenia wyłącznie w szpitalu nie proponując nic w zamian.
Chcę zwrócić się w tym miejscu do tych wszystkich moich młodych przyjaciół, moich "domowych rodziców", którzy piszą do mnie, przysyłają okolicznościowe życzenia, zdjęcia dzieci urodzonych "wspólnie", którzy są ze mną w kontakcie.
Dziękuję Warn za zaufanie, za dopuszczenie mnie do przeżywania razem z Wami narodzin Waszego dziecka. Wszyscy byliście wspaniali. Dzięki Wam mogłam w świetle prawdy dostrzec wasze rzeczywiste potrzeby i swoją dotychczasową postawę wobec porodu. Jeszcze dwa i pół roku temu twierdziłam, że jedynym i najbardziej bezpiecznym miejscem do rodzenia jest szpital. Ukazaliście mi inny świat, ukazaliście mi mój zawód w innym wymiarze, dostarczyliście mi tyle radości, obdarowaliście mnie swoją przyjaźnią.
Na potwierdzenie pozwolę sobie przytoczyć tu kilka fragmen-tów waszych kartek, listów: "wspominamy cię bardzo serdecznie", "dziękujemy ci, że byłaś razem z nami", "mamy nadzieję, że nas pamiętasz, bo my o tobie nigdy nie zapomnimy", "chcemy cię zawiadomić, że zmieniliśmy mieszkanie, gdyż kontakt między nami nie może się przerwać", "jesteś dla nas jak członek rodziny", "długo nie pisaliśmy, ale nie zapomnieliśmy o tobie", "w każdą noc wigilijną nasze myśli będą z tobą", "dziękujemy ci za wspaniałą, spokojną, ciepłą i mądrą obecność i pomoc przy narodzinach naszego Stasia", "życząc ci zdrowia, proszę cię miej siłę, by pomagać ludziom tak jak to robiłaś do tej pory". Chwalicie się przede mną waszymi dziećmi, opisujecie jak się rozwijają, że już siedzą, chodzą, że wyrósł kolejny ząbek. Cieszę
się tym wszystkim razem z wami.
Czwarta część książki stanowi próbę analizy własnych refleksji
na temat porodów w domu, w szpitalu, refleksji dotyczących zawodu położnej. Są tam również wypowiedzi położników odpowiedzialnych za polskie położnictwo.
Na koniec chcę bardzo gorąco podziękować wszystkim moim przyjaciołom, którzy pomogli mi podjąć decyzję o napisaniu tej książki.
Dziękuję przede wszystkim moim "domowym rodzicom". To Wy jesteście bohaterami tej książki. Wpisaliście się tak mocno w moją pamięć, ubogaciliście mi moje życie wewnętrzne. Dzięki Warn, Waszym postawom, odzyskałam wiarę w moc mojego zawodu, w jego rzeczywiste piękno.
Dziękuję moim koleżankom położnym - tym oponentkom i tym, które wspierały mnie dobrym słowem, które miały odwagę popierać mnie głośno, mimo iż same z różnych powodów nie mogą lub nie chcą włączyć się do współuczestniczenia w porodach domowych.
Dziękuję Eli i Piotrowi. Włożyliście tyle trudu, poświęciliście tyle czasu na przepisywanie mojego brudnopisu często mało czytelnego. Przy dwójce małych dzieci, którymi sami się opieku-jecie, był to dla Was ogromny wysiłek.
Dziękuję Joli i Tadeuszowi Fuławkom. Poświęciliście dużo czasu, okazaliście dużo cierpliwości w tłumaczeniu mi celowości opublikowania moich przemyśleń dotyczących porodów a w szczególności porodów w rodzinie, w domu. To wy byliście stymulatorem, moją siłą napędową. Dziękuję.
Położna "nawrócona"
Ćwierć wieku wykonywania zawodu to wiele, wiele doświadczeń dobrych i złych. Doświadczeniem dobrym jest duży szlif zawodowy, jest moje ukochanie pracy, którą wykonuję, otwartość na ludzi, na pracę dla innych. Złym doświadczeniem jest rutyna, która usypia i jest przyczyną, że wiele rzeczy wykonuje się niejako automatycznie. Automat, chociaż bardzo sprawny, nigdy nie zastąpi człowieka, nie okaże żadnego uczucia.
W mojej pracy zawsze starałam się stworzyć, pomiędzy mną a rodzącą, atmosferę spokoju i ciepła. Często udawało mi się stworzyć taką atmosferę bliskości, w której rodząca powierzała mi siebie. To motywowało mnie do ciągłego wysiłku, do pracy uczciwej i do końca dobrej. Nie była to jednak atmosfera przyjaźni, bo gdzie wówczas byłoby miejsce na mój autorytet, autorytet osoby "odbierającej" poród (odbierającej komu?).
Nigdy nie liczyłam "swoich" porodów. Z pobieżnych wyliczeń wynika, że przyjęłam ponad 10 tysięcy porodów - dzieci przyjęte przeze mnie zapełniłyby stadion X-lecia w Warszawie. Nigdy jednak nie miałam poważniejszej "awarii" z mojej winy, z moje-go niedopatrzenia czy braku czujności. Mam odwagę powiedzieć, że przyjmowałam porody dobrze. Zawsze rodząca i ja byłyśmy z siebie zadowolone i szczęśliwe patrząc na "nasze" dziecko. Niezmiennie moje oczy rozjaśniały się uśmiechem radości na widok szczęśliwej matki i jej maleństwa. To dawało mi, i daje nadal, pełną radość i satysfakcję z wykonywanego zawodu.
Jedną z form rutyny zawodowej jest przyzwyczajenie się do nazewnictwa utrwalonego w położnictwie: "odbierać poród" (komu, matce, ojcu?), "okres ciąży", "ciężarna" (co jest ciężarem - dziecko? Komu ono ciąży, matce?, "płód", "jajo płodowe" (przedmiot, a może dziecko. To fatalne nazewnictwo, ta rutyna, oddala coraz wyraźniej wspaniały technicznie personel sal porodowych od rodzącej zagubionej, bezimiennej, oderwanej od naturalnego środowiska, od domu, od męża, od bliskich.
Wszystko to rozumiałam, miałam świadomość takiego stanu rzeczy, dlatego starałam się o serdeczny kontakt z moimi podopiecznymi w szpitalu, by zmniejszyć ich uczucie osamot-nienia. Zdawałam sobie sprawę z tego, że to za mało, by mogły czuć się w pełni bezpiecznie. Taka zagubiona rodząca albo poddawała się kierowaniu nią przy porodzie, albo też krzyczała, jęczała, bo czuła się nieszczęśliwa. Do tej drugiej nie docierały słowa pociechy, uspokojenia. Nie miałam też ani czasu ani siły, a czasami i ochoty, by stać przy niej bez przerwy. Przecież człowiek nie może być jednocześnie w kilku miejscach i wykonywać różne czynności jednocześnie.
We wrześniu 1988 roku znalazłam się na seminarium organizowanym przez ruch społeczny na rzecz naturalnego rodzenia i karmienia. W programie były między innymi tzw. warsztaty w kilku grupach kilkunastoosobowych. Młodzi rodzice mówili o swoich przeżyciach związanych z przyjściem na świat ich dziecka. Słuchałam zdumiona i ogromnie przejęta. Po raz pierwszy usłyszałam, że młodzi ludzie chcą swoje dzieci rodzić w domu, a jeżeli w szpitalu, to obydwoje chcą nie tylko być razem ale ojciec chce robić prawie wszystko co dotychczas robi położna! - jakim prawem, a po co ona tam jest? Sprzeciwiają się goleniu krocza, lewatywie przed porodem, przebijaniu pęcherza płodowego - jakim prawem oni wypowiadają się na ten temat! Chcą być ze swoim dzieckiem razem od momentu urodzenia do chwili wyjścia ze szpitala, karmić je na każde "żądanie" dziecka. Mało tego, młodzi ludzie oskarżają personel sal porodowych o bezosobowe ich traktowanie, np. bada się łóżko trzecie, a nie rodzącą z trzeciego łóżka, o "tykanie", brak zrozumienia, krzyki, wydawanie poleceń tonem władczym.... Próbują też oceniać, czy konieczne jest wykonanie cięcia cesarskiego, nałożenie kleszczy lub vacuum extractora - nie mają prawa wydawać takich ocen!
Byłam zbulwersowana zarzutami, zdziwiona, że kobiety chcą od nas pracowników sali porodowej zmiany naszych postaw, naszych przyzwyczajeń, że chcą niemalże kierować nami - tak ja to odebrałam w pierwszym dniu.
Byłam przerażona, bo okazało się, że ta moja wspaniałość w zawodzie to pięknie zbudowany mit, to tylko dobra technika plus odrobina serca i dużo dobrej woli. Byłam rozgoryczona, bo uświadomiłam sobie, że mogłam dać z siebie dużo więcej drugiemu człowiekowi - kobiecie, która była skazana na moją opiekę. Byłam zdumiona, że współczesna kobieta chce rodzić w domu - to takie niebezpieczne! Byłam też zadowolona, ale daleka od odczucia radości, że usłyszałam tak otwarcie, tak bezpośrednio głos z "tamtej" strony, że usłyszałam głośno wypowiadane marzenia młodych rodziców dotyczące ich udziału w porodzie.
Czułam się jak na karuzeli (od dziecka nie lubiłam karuzeli), w głowie zamęt i chaos. Modliłam się, aby Bóg pozwolił mi zrozumieć to wszystko i jeśli jest to Jego wolą, by pomógł mi podjąć ten nowy trend z całym sercem. Sama jednak stałam na uboczu.
W niedługim czasie przeżyłam nowy wstrząs. Do Poradni Przedmałżeńskiej, w której pracowałam wówczas od trzech lat, przyszli młodzi ludzie z półtorarocznym dzieckiem na ręku. Chcą rodzić w domu. Mieszkają na wsi, 50 km od szpitala.
Zjeżyłam się. Nie będę uczestniczyć w realizowaniu tak nieodpowiedzialnego pomysłu! Poza tym, wydawało mi się, że kobieta nie jest w ciąży, przepraszam, w stanie błogosławionym. Pytam więc, kiedy spodziewają się porodu.
- Zaplanujemy dziecko, jak znajdziemy kogoś, kto pomoże nam urodzić je bezpiecznie w domu.
- I tym kimś mam być ja? No nie, absolutnie! Nie widzę w tym sensu, za daleko od szpitala, za dużo niebezpieczeństw. Nie wiadomo, jak będzie przebiegała ciąża... Poza tym, ja pracuję w szpitalu, mam dom, obowiązki...
- Będziemy się modlić o Pani zgodę, czujemy, że Pani chce ale z jakichś powodów boi się. To chyba nie tylko brak czasu. Będziemy się modlić by te przeszkody były usunięte.
- Zareagowałam ze złośliwym przekąsem:
- No to umówmy się, że jeśli dziecko będzie rodziło się w ferie lub wakacje (mam wtedy więcej czasu), może wówczas zastanowię się, może się przełamię...
- Będziemy się modlić, by dziecko urodziło się w ferie lub
wakacje, a reszta jest w rękach Boga.
Czy można aż tak wierzyć, aż tak być ufnym? To niesamowite!
Oszałamiające! Poczekamy, zobaczymy.
Około ośmiu miesięcy po tej rozmowie Jola i Rysio przyszli do mnie oznajmić, że ich dziecko ma 3 tygodnie od poczęcia. Zaczęłam szybko obliczać termin porodu. Jola wyręczyła mnie spokojnie:
- Irenko, nasze dziecko urodzi się w ferie.
Wtedy nawróciłam się. Nawróciłam się do Boga i nawróciłam się jako położna. Zapragnęłam być z nimi przy ich porodzie w domu, chciałam pomóc w zrealizowaniu ich marzeń, by ich dziecko urodziło się w spokoju, w ciszy, w atmosferze miłości. Stara położna wciąż tkwiąca we mnie bała się. Sądzę nawet, że źle byłoby gdybym przestała się bać, gdyż lęk jest podstawą mojej czujności. Powodów do strachu było sporo: duża odległość od szpitala (około 50 km), tylko mały "Fiacik" pod domem, brak zestawu do ewentualnej resuscytacji dziecka, brak leków np. rozkurczowych lub naskurczowych (nie chciałam ich brać ze sobą, by mnie nie kusiły). A co zrobię, gdy pojawią się wskazania do natychmiastowego ukończenia porodu? Ale... jestem położną tyle lat, mam duże doświadczenie. A gdzie znów moja wiara, moje zaufanie Bogu? Jeżeli w duchu tak ogromnego zaufania Bogu dziecko poczęło się w czasie wymarzonym przez rodziców, spróbuję i ja powierzyć Panu moje obawy. Poza tym będę czuwać przez cały okres ciąży nad jej prawidłowym przebiegiem.
To moje nawrócenie było dla mnie nowym krzyżem. Jednakim dłużej go nosiłam, im bliżej porodu, krzyż ten był jakby lżejszy. Nosiłam go świadomie i z narastającą nadzieją wynikającą ze współuczestnictwa w szczęściu Joli i Rysia. Podziwiałam ich postawę pełną zawierzenia Bogu i siłom natury. Obydwoje mają wyższe wykształcenie, a mimo to nie chcieli zawierzyć do końca, zaufać wspanialej technice oddziału klinicznego. Bardziej zaufali siłom natury płynącym od Boga niż sztuce lekarskiej. Chcieli, by ich dziecko urodziło się w pełni godności ludzkiej, bez napięć i stresów.
Rodzice chodzili systematycznie do jednej z warszawskich szkół rodzenia raz w tygodniu. Wiązało się to z koniecznością dalekiego dojazdu do Warszawy, wyjazdem z domu przed 14-tą, powrotem około 20-21-ej. Po drodze zostawiali swoją półtoraroczną córeczkę u rodziców w Warszawie.
Byli tacy skupieni w tym oczekiwaniu na narodziny swojego drugiego dziecka. To wszystko ciągnęło mnie do nich jak magnes. Zaprzyjaźnili się z moimi dorosłymi dziećmi, z moim mężem, zostali członkami naszej rodziny.
W połowie ferii zimowych, w niedzielę późnym wieczorem, Rysio przyjechał po mnie swoim "Fiacikiem". Pękł pęcherz płodowy. Nieregularne skurcze macicy.
Po przyjeździe do ich domu okazało się, że skurcze są już częste, silne. Jola z wysiłkiem opanowywała się powtarzając do dziecka i do Rysia, że ona postara się okazać im swoją miłość poprzez przekształcenie swojego bólu w pracę na rzecz rodzącego się dziecka. Cały czas chodziła dosyć intensywnie, podtrzymywana troskliwie przez Rysia, który pomagał jej utrzymywać rytm i prawidłowość oddychania w czasie burzliwych, częstych skurczy macicy. Emilka, ich dwuletnia córeczka, spała w drugim pokoju. Wszystko trwało około trzech godzin. Dziecko urodziło się tuż przed północą. Jola urodziła w pozycji półsiedzącej, na boku. Na początku przeprowadzałam techniczne kombinacje jak "wytoczyć" główkę. Główka urodziła się wspaniale, sama. Moja rola polegała na cierpliwym, spokojnym, mimo ogromnej emocji, kierowaniu parciem w momencie jej przedostawania się na zewnątrz oraz na pomocy przy rodzeniu się barków dziecka. Chłopczyk powędrował od razu na ciepły brzuch matki. W półmroku paliła się tylko boczna lampka. Widać było wyraźnie oczy maleństwa rozglądające się ze zdziwieniem. Te oczy widziały. Dziecko nie wrzeszczało.
Noworodka urodzonego w szpitalu klepie się, masuje, by "dał głos" - wtedy dopiero można uznać, że urodził się w dobrym stanie. Nasze dziecko było spokojne, nie krzyczało. Było różowe, cichutko kwiliło. To było wspaniałe, cudowne, prawdziwe rodzinne święto.
Rozbudzona mała Emi przybiegła z sąsiedniego pokoju i z płaczem rzuciła się na matkę. Emi rodziła się w szpitalu. Lekarz krzyczał na jej mamę. Położna nie chciała okazać rodzącej choć odrobiny serca i chwili czasu. Emilkę "wyciśnięto" z brzucha mamy, poklepywano mocno bo krzyczała za cicho. Do pierwszego karmienia Jola dostała małą po 24 godzinach. Dziewczynka od chwili urodzenia, cały czas do tej pory, budzi się kilkakrotnie w ciągu nocy, zawsze z płaczem, zawsze bardzo niespokojna.
Tym razem, dwie minuty po porodzie, Jola przytula swoje dzieci. Gdy Rysio próbuje odsunąć Emi od mamy, dziewczynka jeszcze mocniej wyrywa się do niej, krzycząc rozpaczliwie.
Jola przytulała dzieci, uspokajała Rysia zaniepokojonego troską o żonę, o nowonarodzonego syna i o Emilkę, która co noc od urodzenia budzi się niespokojna.
Odczuwałam ogromne wzruszenie patrząc na rodzinę, której członkowie byli scaleni miłością, wzajemną troską o siebie, czujną opieką i serdecznością, gdy to małe nowonarodzone dziecko od pierwszych minut swego życia otoczone zostało miłością i czuło się bezpieczne. To było wspaniałe. Nie potrafię znaleźć odpowiednich słów, by wyrazić swoje odczucia. Teraz wiem, że warto było zaryzykować swoją zawodową reputację. Radość z tego co się stało, przewyższała wysiłek i ryzyko. Dotychczas podzielałam radość rodzącej z pozycji osoby, która kierowała nią, osoby, dzięki której udało się mojej podopiecznej dobrze urodzić dziecko. Teraz byłam w cieniu, z boku, czułam się jak duch (ale chyba dobry duch), który istnieje, chociaż jest niewidzialny. To było nowe, wspaniałe doświadczenie.
Gdy pępowina przestała tętnić, Rysio sam ją odciął. Łożysko odkleiło się po około 30 minutach. Obejrzałam je dokładnie w oświetlonej łazience. Było całe, nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. Sprałam ubrudzone wodami płodowymi i krwią po urodzeniu łożyska prześcieradło i ręczniki. Włożyłam je do pralki.
Wróciłam do pokoju i zdębiałam. Moja rodząca w 10 minut po porodzie, idąc jak na spacer, niesie na rękach uśpioną Emilkę, a Rysio klęczy przy swoim synku. Krzyknęłam:
- Jolu, połóż się! Zaraz upadniesz! Co ty robisz?! Na to Jola spokojnie i z pełnym przekonaniem:
- Nie bój się, czuję się silna, mocniejsza niż przed porodem. Ten poród wyzwolił we mnie jakąś fantastyczną energię.
Mimo wszystko próbowałam przekonać ją, aby się położyła. Emi znów obudziła się. Próby zajęcia się nią przez ojca znów spełzły na niczym. Emi chciała być z mamą. Jola przeniosła małą do sąsiedniego pokoju i tam utuliła. Rzeczywiście była silna i sprawna. To niesamowite. Kobiety po porodach w szpitalu nawet w dniu wyjścia ze szpitala chodzą jak w okresie intensywnego usprawniania po długim leżeniu w łóżku. Ona jednak prawie biegała po mieszkaniu! Obejrzałam krocze. Małe otarcie śluzówki pochwy zdezynfekowałam jodyną. Wspólnie z Rysiem wykąpaliśmy maleństwo, które leżało spokojnie, jakby nasłuchiwało pluskania (znajomy odgłos z życia wewnątrzmacicznego).
Zapomniałam napisać o bardzo ważnej sprawie: około 15 minut po porodzie maluch ssał głośno pierś swojej mamy. Był taki silny, pełen energii. Wcześniejsze podejście do karmienia było niemożliwe, gdyż "górną partię" ciała mamy okupowała Emilka.
Minęło już dużo czasu od tego dnia. Przeżywam go wciąż na nowo, mimo że temperatura tych wspaniałych emocji spadła. W chwili oddania relacji do druku mały Konrad skończył dwa i pół roku.
Drugi mój poród miał miejsce kilka tygodni później. Również na wsi, około 30 km od mojego domu, jednak blisko szpitala. I znów oboje rodzice z wyższym wykształceniem - ludzie absolutnie świadomi tego, co i dlaczego robią. Mieli już dwóch synów -12 i 16 lat. Po tylu latach w ich pamięci wciąż żywe były niedobre doświadczenia i wspomnienia z poprzednich porodów szpitalnych.
"Wciąż opacznie istnieje do tego celu (do rodzenia - przyp. autorki) szpital - synonim bezdomności". "Zimowe dzieci"
Poznałam ich wszystkich wcześniej na towarzyskim spotkaniu. Oczekiwali na dziecko, które wkrótce miało się urodzić. Zgodziłam się przyjechać, by "zabezpieczyć" ich poród.
Do porodu pojechałam w środku nocy. Zaczął się na kilka dni przed wyznaczonym terminem. Ojciec dziecka był w delegacji. Na miejscu była "duchowa położna" - psycholog. Ona pełniła rolę siostry, opiekunki, wspomożycielki duchowej rodzącej. Jest jej serdeczną koleżanką. Ja byłam potrzebna do zapewnienia komfortu bezpieczeństwa rodzącej i jej dziecka. Byłam po to, by w ewentualnych trudnościach nieść pomoc, radę, podjąć właściwą decyzję we właściwym czasie, gdyby okazało się, że jest taka potrzeba.
Wszystko było przygotowane. Chłopcy poszli do szkoły na godzinę ósmą. Dziewczynka przyszła na świat o dziewiątej. Ula rodziła w pozycji klęczącej, tyłem do mnie, ręce oparte na wersalce. Główka spokojnie wytaczała się, wychylała się na zewnątrz. Ula parła dobrze, chociaż miała wyraźnie mniej niż Jola cierpliwości do przedłużania tej pracy (chodziło przecież o ochronę krocza).
Główka urodziła się. Pępowina ciasno okręcona wokół szyi.
"Całe wieki" upłynęły, zanim udało mi się wcisnąć dwukrotnie palce z tasiemkami do zaciśnięcia pępowiny i trzeci raz, by ją przeciąć. Nie miałam "otwartego pola" do działania. Miałam też trochę kłopotów z pomocą w rodzeniu się barków w tej pozycji mojej rodzącej. Kłopot był o tyle większy, że obwód rodzących się barków dziecka powiększała pchająca się jednocześnie z barkami jego piąstka i łokieć. Było ciężko - tak fizycznie jak i psychicznie. Przyznaję, że bałam się. Poczułam, że ręce mi drżą, kiedy Ula obróciła się i kładłam dziecko w jej dłonie, na jej brzuch.
U rodziców jest niezgodność serologiczna. Pobrałam do przygotowanych wcześniej probówek krew z pępowiny na grupę i Rh dziecka, a z żyły rodzącej krew na poziom przeciwciał. Siostra Uli zawiozła krew do szpitala. W dwie godziny po porodzie znałam wynik. Był pomyślny: dziecko odziedziczyło krew po matce.
Twarzyczka dziecka, stopki i dłonie były nieco zasinione.
Serduszko biło mocno, miarowo, pracowało normotonicznie.
Maluszek był spokojny, ciałko miał różowe, rozglądał się! Około 8-10 minut po urodzeniu się dziewczyneczka ssała pierś swojej matki głośno mlaskając. To była najlepsza wykładnia jej stanu zdrowia po trudnym porodzie. Byliśmy szczęśliwi: ssący maluszek, jego mama oraz ja i nasza "duchowa położna", Radka - ona była dobrym duchem dla rodzącej i dla mnie. Jej sposób oddziaływania na innych okazał się panaceum na mój strach, na moje lęki. Była ukojeniem moim i rodzącej.
Po pierwszych zachwytach nad pięknie pracującą małą dziewczyneczka, każda z nas opowiadała swoje odczucia z tych kilkunastu, a może kilkudziesięciu sekund grozy (zanim udało mi się odpętlić z szyi dziecka mocno zaciśniętą pępowinę). Złe emocje zastąpiła radość, że wszystko jest dobrze. Matka cieszyła się, że nikt nie zabierze jej dziecka, że może go mieć przy sobie, widzieć, co się z nim dzieje. Łożysko długo nie odklejało się. Może przyczyną był stres Uli spowodowany kłopotami z uwolnieniem pępowiny? Nie stosowałam żadnych środków farmakologicznych obkurczających macicę, ani wcześniej - żadnych środków rozkurczowych (działających przeciwbólowo). Ula wstała, umyła się pod prysznicem przy pomocy Radki, przebrała się w czystą koszulę. Dziecko znów zaczęło ssać. To podniosło poziom oksytocyny endogennej i łożysko odkleiło się wreszcie (po 50 minutach!) w całości.
Pęknięcie krocza II-go stopnia na niewielkim odcinku. Trzy szwy na skórę - zaszyłam w sposób typowy. Materiał do szycia załatwiła Ula ze szpitala.
Imadło i nożyczki miałam już od wielu lat po likwidującym się oddziale położniczo-ginekologicznym, w którym kiedyś pracowałam. Wówczas wiele narzędzi używanych ale sprawnych poszło do kasacji - nikt nie chciał przejąć używanego sprzętu tego typu. Z kasacji wzięłam nożyczki do "krawiectwa domowego", pensetę, dwa imadła starego typu do montowania elementów elektronicznych dla mojego starszego syna. Nie myślałam, że będę kiedykolwiek używać ich sama do porodów w domu.
Ten poród był trudny. Przeżyłam go całkiem inaczej niż poprzedni. Był duży stres, duże obciążenie psychiczne, większa odpowiedzialność. Matka i dziecko byli zdrowi i szczęśliwi.
Zadałam sobie pytanie: czy strach, który przeżyłam jest sygnałem, by przestać, by nie pójść więcej do porodu w domu?
Przyznaję, że nie od razu odpowiedź była oczywista. Opadły emocje i wtedy jasno odpowiedziałam sobie: jednak warto było przeżyć ten strach. Dlaczego? Jakie i dla kogo zatem były korzyści? Dla matki - poczucie spokoju, bezpieczeństwa, możliwość przeżywania porodu w otoczeniu osób bliskich, w pełni serdecznych, życzliwych, cierpliwych, brak stresu związanego z przeniesieniem do środowiska szpitala, który zawsze kojarzy się z chorobą. Dla dziecka - bliskość matki od pierwszych sekund po trudnych chwilach rodzenia się. Uniknęło ono odczucia sondy wpychanej do tchawicy w celu odśluzowania, ostrych świateł świecących prosto w oczy, głośnych rozmów, mokrego łóżka porodowego, obcych, w pośpiechu chwytających go rąk. Dla mnie - nowe doświadczenie dające mi możliwość przemyślenia na nowo całego wydarzenia. Dla "duchowej położnej" - nowe doświadczenie zawodowe psychologa współuczestniczącego osobowo w tych emocjach rodzenia dziecka i rodzenia się dziecka.
Trzeci mój poród zakończył się w szpitalu. Poznaliśmy się u wspólnych znajomych. Ania i Tomek przygotowywali się do urodzenia swojego drugiego dziecka. Potrzebna im była położna. Obiecałam, że pomogę im. Spotkaliśmy się dwukrotnie dla wzajemnego poznania się, poznania przeze mnie wszystkich aspektów możliwości urodzenia dziecka w domu.
Któregoś dnia w późnych godzinach nocnych przyjechał Tomek. Ania miała skurcze. Były jednak nieregularne "przepowiadały poród". Czynność skurczowa macicy wyciszyła się. Był to fałszywy alarm. Za kilka dni o brzasku dnia znów zjawił się Tomek. Tym razem po krótkiej obserwacji i zbadaniu Ani wiedziałam, że to dziecko wkrótce urodzi się.
Tomek i Ania byli wspaniali. Przygotowywali się do porodu w Szkole Rodzenia. Ich przebywanie razem przez tych kilka godzin porodu przypominało cudowny we wspomnieniach rajd rowerowy tandemem; trasa długa, więc męcząca ale jazda wspaniała, radosna, pełna pogodnych niespodzianek. Byli razem w tym radosnym wysiłku na rzecz rodzącego się ich dziecka.
Na zmianę z Tomkiem słuchałam pracy serca dziecka: pracowało równo, spokojnie, bez najmniejszych zakłóceń. Postęp porodu był szybki. W szóstej godzinie od pierwszych skurczy stwierdziłam po zbadaniu Ani, ze jest pełne rozwarcie szyjki macicy. Niemalże od tej minuty prawie całkowicie ustała czynność skurczowa macicy. Stosowaliśmy intensywne ćwiczenia gimnastyczne, Ania ćwiczyła nawet bieg na palcach, lekkie podskoki i inne ekwilibrystyczne figury. Byłam zaskoczona - skąd bierze się w niej tyle siły, tyle niespożytej energii? Przecież kobiety rodzące w szpitalu tak łatwo tracą energię, chęć do współpracy z rodzącym się dzieckiem.
Wszystkie nasze próby zintensyfikowania czynności skurczowej macicy nie powiodły się. Chociaż tętno ich dziecka cały czas było prawidłowe, po upływie 90 minut trwania II okresu porodu powiedziałam, że trzeba pomyśleć o wybraniu się do szpitala, i tak czekaliśmy długo. Ta niefizjologiczna sytuacja musi mieć jakąś przyczynę. Bronili się przed wyjściem z domu, szczególnie Tomek. Przeanalizowałam głośno swoje przemyślenia dotyczące tej sytuacji i ustaliliśmy wspólnie, że jednak nie można dłużej ryzykować. Ostatecznie decyzję podjęła Ania.
W szpitalu byliśmy w pół godziny. Jechaliśmy spokojnie. Skurczów w czasie jazdy też nie było. Zrelacjonowałam dotychczasowy przebieg porodu lekarzowi w izbie przyjęć. Uważałam, że jest to mój obowiązek. Lekarz i położna patrzyli na mnie jakoś dziwnie, z podejrzliwością, i ciekawością. Anię zabrano zaraz na salę porodową. Tam po podłączeniu kroplówki naskurczowej (po trzech skurczach) urodził się chłopczyk. Nie było żadnych przeszkód porodowych. Powód wcześniejszej patologii wyjaśnił się później: łożysko było przyrośnięte. Następstwem było ręczne odklejenie łożyska i rutynowa kontrola jamy macicy łyżką położniczą. Krocze Ani nacięto. Tomek był również przy porodzie. Na wszelki wypadek uzyskał zgodę na swoją obecność przy porodzie. Odcinał pępowinę swojego synka, dotykał go, a nade wszystko widział jego narodziny, był przy Ani w trudnej dla niej chwili. Zaraz po odpępnieniu dziecka kazano mu wyjść. Nie chciał zostawiać Ani samej, czuł, że jest jej potrzebny. Miał żal do mnie za to, że nie miałam ze sobą w domu środka na skurczowego działającego na macicę. Zmienił zdanie, kiedy dowiedział się o patologicznym wrośnięciu łożyska. Potwierdziła się znana zasada, że każdy skutek ma swoją przyczynę.
Ula i Marek
Krystyna jest położną od dwudziestu lat. Zwraca się któregoś dnia do mnie:
- Moi znajomi, młodzi sympatyczni ludzie ubzdurali sobie, że chcą rodzić w domu. Tłumaczyłam im, że załatwię Uli w klinice pełną "obstawę", anestezjologa do znieczulenia, lekarzy położ-ników, koleżanki położne, że wreszcie sama też będę przy niej cały czas. A oni nie chcą skorzystać. Uparli się na rodzenie w domu. Co ty na to?
- Krysiu, jesteś świetną doświadczoną położną. Dlaczego nie chcesz im pomóc zgodnie z ich marzeniem?
- Coś ty, przecież to niebezpieczne!
- Zastanówmy się więc jakie są realne niebezpieczeństwa przy ich porodzie. Ula rodzi drugi raz. Poprzedni poród dwa i pół roku temu był fizjologiczny, o czasie, bez powikłań. Okres połogu również bez powikłań. Tak poprzednia jak i obecna ciąża przebiegała prawidłowo. Nie było poronień, żadnych zabiegów ginekologicznych.
- Dobrze ci mówić. Tym razem może coś się zdarzyć.
- Oczywiście, ponieważ jest to możliwe, pomyśl jakie wybierzesz wtedy postępowanie.
- Nie mam zamiaru wchodzić w bagno!
- Krysiu, co ty nazywasz bagnem? Poród w domowej ciszy, bez stresu, konieczności zgłoszenia się do szpitala, poród pod opieką doświadczonej położnej? Postaw warunek, by pod domem stał samochód gotowy w każdej chwili do drogi.
- Nigdy się na to nie zdecyduję...
- Ja też tak się zarzekałam, a jednak podjęłam niedawno taką decyzję i wcale tego nie żałuję.
- Przyjmowałaś porody w domu?
Tak. I opowiedziałam jej całą historię "wejścia" w porody domowe.
- Zazdroszczę ci tego co przeżyłaś.
- Nic bardziej prostego. Masz tak wspaniałą sytuację. Młodzi ludzie, których tak dobrze znasz wyciągają do ciebie dłonie prosząc cię o pomoc...
- Nie, boję się. Dla mnie to jest zbyt skomplikowane. Irena, pomóż mi, może ty zgodziłabyś się?
- Dobrze, ale ty Krysiu też będziesz z nami?
- Doskonale. Razem z tobą zgadzam się.
Z Ula i Markiem spotkałam się w kawiarence na Starówce. Rozmawialiśmy jak dobrzy znajomi - znaliśmy się przecież przez Krysię. Odwieźli mnie swoim samochodem do domu by poznać do mnie drogę.
Cztery tygodnie później robiłam w domu generalne porządki z przestawianiem mebli włącznie, gdy przed furtką zobaczyłam samochód i nieznajomego mi człowieka.
- Ula z Zielonki zaczęła rodzić. Przyjechałem po panią. Zostawiam więc cały bałagan. Może uda mi się wrócić wieczorem? Ula wita mnie z radosnym uśmiechem:
- Irena, już od pół godziny wstrzymuję parcie w oczekiwaniu na ciebie!
- Doskonale. Nie przyspieszaj tempa. Zorientuję się szybko w sytuacji.
Marek na moje polecenie wstawia tasiemki i nożyczki do gotowania, zalewa wrzątkiem. Badam: rozwarcie 8 cm, główka w prawidłowym ułożeniu, nisko w kanale rodnym. Dziecko rzeczywiście jakby tylko na mnie czekało. Na szczęście skurcze nie były częste. Zdążyliśmy wszystko przygotować. Nawet lustro z łazienki było gotowe, by rodzice mogli oglądać jak ich dziecko będzie przesuwać się, wyłaniać na nowy świat.
Rodzice zespoleni w trudzie rodzenia. Ale ten trud przeżywają jak cudowne chwile. Cieszą się tym wysiłkiem. Trud ten ma dla nich wymiar duchowy. Ula wtula się w Marka, wypiera dziecko. Marek z trudem podtrzymuje żonę. W króciutkiej przerwie po parciu przytula ją, całuje. Przekazuje jej całą swoją miłość, podziw dla jej wspaniałego macierzyństwa. Obydwoje obserwują wysuwającą się główkę dziecka. W oczach zachwyt nad cudem rodzenia. Wreszcie jest cała. Panieneczka! Różowa, ciepła, spokojna. Oddechowe ruchy klatki piersiowej są prawie niewidoczne. Pępowina mocno tętni, zachowane jest w dalszym ciągu krążenie "matczyne - płodowe". Dziecko korzysta z tlenu zawartego w krwi dalej dostarczanej przez organizm matki, nie grozi mu niedotlenienie. Nie jest też zaśluzowane - nie było potrzeby szybkiego wciągnięcia powietrza do płuc, by mogło oddychać. Obydwa systemy "oddychania" funkcjonują jeszcze razem i ten nowy system oddychania płucnego może uruchamiać się spokojnie bez potrzeby gwałtownego oddychania, bez stresu i krzyku noworodka.
Nasza panieneczka jest spokojna, otwiera oczy powolutku jakby rozglądając się. Przeciąga się, prostuje, znowu przyciąga nóżki, rączki jakby poszukiwały. Na brzuchu mamy jest ciepło, jest to miejsce dobrze dziecku znane ale jakby od innej strony....
Coś znanego, ale w innym wymiarze.
W ciszy i spokoju pojawiają się szepty zachwytu szczęśliwych rodziców. Maleństwo otulone ich rękoma. Ukoił się cały trud i stres rodzenia się. Budzi się instynkt poszukiwania. Dziecko otwiera buzię, próbuje ssać piąstkę. Mama mówi do niego:
- Poczekaj maleńka, mam dla ciebie coś znacznie ciekawszego, wspanialszego.
Przystawia dziecko do piersi. Mała natychmiast korzysta z tych wspaniałości. Przyssała się jak mała pijawka. Przez sekundę mama miała odruchy obronne, ale już w następnej chwili fala macierzyńskiej rozkoszy rozlała się po jej twarzy.
- Irena, jesteśmy ci bardzo wdzięczni za to, że byłaś z nami przy porodzie w domu. Dzięki tobie mogliśmy przeżyć to wszystko. Nie potrafię ci tego opisać...
Na zmianę Ula i Marek zwracali się do mnie mówiąc w podobny sposób.
- Cieszę się razem z wami. Dla mnie to jest też wspaniałe.
Pozwólcie mi zostać z wami.
Chciałam być z nimi, chociaż z drugiej strony coś mi podpowiadało, że powinnam zostawić ich samych sobie.
Zawiązywanie tasiemek na pępowinie, przecinanie jej, jałowe gaziki na kikut pępowiny - te czynności trwały krótką chwilę. W czasie karmienia Ula czuła silne skurcze macicy. To oksytocyna - hormon, który wytwarzał organizm rodzącej, był tego przyczyną. Może łożysko odkleiło się już?
- Spróbuj wypchnąć łożysko - zwróciłam się do Uli, która posłusznie wykonuje polecenie.
Robi to z wysiłkiem. Pomagam jej więc znanym z praktyki szpitalnej sposobem. Nie dotykam macicy, zbieram tylko fałdy skóry na brzuchu Uli, ona wypycha łożysko, wypiera je mocno.
Łożysko rodzi się. Brakuje jednak dość dużej części jednego ze zrazików łożyska! Przez moment czuję się jak sparaliżowana. Co robić? Co teraz może się wydarzyć? Żeby tylko nie było krwotoku! Jest jedyne wyjście - wyłyżeczkowanie jamy macicy w szpitalu. Zatem spokój i spokojny transport do szpitala.
Dzwonię do kliniki, w której pracuje Krysia. Ona jest na dyżurze. Przedstawiam jej krótko sytuację.
Krysia spokojnie przyjmuje informację.
- Będę robić wszystko, by po zabiegu zabrać ją z powrotem do domu. Spróbuję to wytłumaczyć lekarzom, chociaż spodziewam się, że będą trudności.
Do urodzenia się łożyska czekałam około 40 minut. Około 30 minut upłynęło, zanim przenieśliśmy Ule do samochodu. Dzieciątko nie chciało puścić piersi swojej mamy. Czuło, że będzie musiało rozstać się z nią. Rodząca czuła się dobrze, nie krwawiła.
- Irena, może nie trzeba jechać, czuję się świetnie, jestem silna.
- Przykro mi, musisz jechać do szpitala. To jest konieczne. Im szybciej tym lepiej. Zbierajmy się więc do drogi.
Mycie, ciepły koc, skarpety na nogi. Marek ze swoim przyjacielem, który cały czas czekał w samochodzie pod domem, przenoszą Ule na siodełku z rąk. Dotychczas silna, pełna radości Ula, postawiona na chwilę na własnych nogach przy samochodzie raptem prawie upada na ziemię! Omdlała. Mówię do panów:
- Spokojnie, zaraz będzie dobrze. Połóżcie ją szybko na siedzeniu samochodu. Rzeczywiście za kilkanaście sekund Ula "wróciła" do nas w pełni świadomości:
- Co się stało? Zemdlałam?
- Tak Ulu. Może to po to, byś mogła przekonać się o konieczności transportu do szpitala.
Zostałam z dzieckiem sama. Rodzice kategorycznie nie chcieli zabierać go ze sobą obawiając się, że każą im pozostać w szpitalu. Byli pewni, że po zabiegu wrócą do domu.
Mata spała spokojnie. Miałam dużo czasu żeby posprzątać, uporządkować wszystko, posilić się, wypić kawę. W drugim pokoju włączyłam telewizor. Może 10 minut oglądałam jakiś program, gdy mała panienka odezwała się przyzywając mnie donośnym krzykiem. Wyłączyłam telewizor. Wzięłam małą na ręce. Uspokoiła się tylko na krótką chwilę. Wyraźnie szukała otwartymi ustami... Trzymając ją na rękach rozpoczęłam poszukiwanie w szafkach, na półkach... szukałam smoczka. Rodzice nie przewidzieli jednak konieczności dokonania takiego zakupu. Mała ssała własną piąstkę, wyraźnie niezadowolona szukała dalej, denerwowała się. Przytuliłam ją bezpośrednio do własnego ciała. Może uspokoi się... Kołysałam ją balansując własnym ciałem. Metoda ta była skuteczna na krótko. Mała rozkrzyczała się na dobre. Nie pomaga nic: głaskanie, przytulanie, kołysanie. Ona chce wyraźnie ssać pierś mamy. Mama jest jednak daleko. Długo jeszcze trwały różne moje próby uspokojenia dziecka. Czy mam inne wyjście? Muszę zastąpić mu matkę. Ono uspokoi się tylko przy piersi. Broniłam się przed tą myślą. Było to dla mnie niemożliwe, nieprawdopodobne, śmiałam się z własnego pomysłu. Karmiłam piersią 20 lat temu! Naturalna potrzeba dziecka była silniejsza niż moje opory. Mała chwyciła moją brodawkę mocno, ciągnęła tak, że czułam jej ssanie w mózgu, w piętach... w całym swoim ciele. Wrażenie było tak niesamowite! Przypomniałam sobie okres karmienia moich własnych dorosłych już dzieci. Oblała mnie fala ciepłych wspomnień. Jednak bardzo pragnęłam, by nikt nie widział mnie w tej sytuacji. Byłam zażenowana. Wstydziłam się do tego stopnia, że tylko Uli przyznałam się do tego w wielkiej tajemnicy, a innym dopiero po kilku miesiącach opowiadałam głośno o tym wydarzeniu. Było to dla mnie bardzo intymne, radosne, wspaniałe, a jednocześnie przykre (bo bolesne) przeżycie. Byłam sama z dzieckiem prawie
8 godzin!
Ula miała w szpitalu zabieg w uśpieniu ogólnym. Po zabiegu była pod ścisłą opieką Krysi, czułej, troskliwej położnej, która wyprosiła u lekarzy zgodę na wypisanie Uli w 6 godzin po zabiegu. Zostałam z nimi do rana. Spałam w drugim pokoju czuwając jednocześnie, by w każdym momencie być gotową do udzielenia pomocy. Wszystko jednak było w porządku.
Przyjaciel Marka zgłosił się rano by odwieźć mnie do domu, pomógł w przestawianiu mebli. Zanim mąż i dzieci wrócili do domu, był już idealny porządek i przygotowany obiad.
Z perspektywy czasu zastanawiam się teraz nad tym, czy wówczas nie powinnam poczekać jeszcze na urodzenie się łożyska? Przecież nic nie zmuszało mnie do takiego działania. Bolesność kurczącej się podczas karmienia macicy jest naturalną konsekwencją jej obkurczania się. Dlaczego nie odkleiło się w całości? Jaka była przyczyna? A może to tylko mój pośpiech niczym nie uzasadniony? Były jednak wyraźne objawy świadczące o tym, że łożysko odkleiło się... Jednak dość natarczywie namawiałam Ule do wypierania łożyska... Tego typu wątpliwości spowodowały, że w kilka miesięcy później czekałam na urodzenie się łożyska... ponad dwie godziny.
Basia i Jacek
Z Basią i Jackiem umówiłam się na poród w domu. Oczywiście byłam wcześniej w ich domu na długiej rozmowie. Poznałam ich sytuację rodzinną, ich samych, ich problemy. Kilka dni później, w środku nocy, z domu, zabrał mnie samochodem kierowca, którego poznałam miesiąc wcześniej (wiózł mnie wtedy do innego porodu, który zakończył się w szpitalu). Na miejscu byliśmy przed czwartą rano. Jacek zobaczył nas przez okno, zbiegł na dół (mieszkają na pierwszym piętrze), oznajmiając, że Basia przed chwilą urodziła!
Obydwoje z Basią byli zdumieni tym faktem. Szczególnie Basia była pełna emocji.
- To było tak nieoczekiwane! Ja naprawdę chciałam czekać na ciebie! To trwało tak krótko, niecałe cztery godziny.
Nie spodziewałam się... Przecież mówiłaś, że pierwszy poród trwa zwykle dłużej.
- Ciebie natura wyposażyła w siłę rodzenia w dużym tempie.
Czujesz się jednak dobrze?
- Świetnie, tylko jestem przestraszona, że byliśmy sami z Jackiem, że mogliśmy nie poradzić sobie.
- Po dziecku i po tobie widzę, że jednak wszystko zakoń-czyło się dobrze.
- Tak, jest to jednak dla mnie nieprawdopodobne, mimo że tak realne.
Jacek również pełen emocji stwierdza:
- Basia była wspaniała. Najwspanialsza dziewczyna na całym świecie, najwspanialsza matka, matka naszego dziecka! Jestem dumny z ciebie, Basiu.
- Mogłam urodzić tylko dzięki tobie, Jacku! Ty byłeś moim oparciem, moją siłą. Urodziłam dzięki twojej pomocy, bez ciebie
umarłabym ze strachu.
To była pasjonująca relacja ze wzajemnym przekazywaniem sobie uczuć. Wspólny cel, wspólny wysiłek jednoczy. Takie przeżycie powinno być udziałem tych wszystkich, którzy twier-dzą, że obecność męża przy porodzie może być przyczyną rozwodu, odrzucenia żony jako kobiety. Może stałoby się tak, gdyby mąż był obecny tylko jako zimny obserwator analizujący spostrzeżenia, obrazy. A gdzie miłość?
"Gdybym... znał wszystkie tajemnice i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iż bym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym... Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; wszystko znosi, wszyst-kiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko prze-trzyma". Są to słowa świętego Pawła apostoła skierowane do nas w jednym z listów Apostolskich.
Pomyślmy, czy każdy z nas potrafi znaleźć choć odrobinę takiego odczuwania miłości? Czy mąż naprawdę kochający swoją żonę może ją porzucić właśnie dlatego, że widział ją w momencie ukazania się w pełni jej macierzyństwa?
Sądzę, że tak może postąpić głaz bez uczuć i takie zdanie mogą mieć osoby nigdy nie kochane lub nie potrafiące okazać swojego uczucia. Siedziałam przy Basi cały czas. Kąpaliśmy z Jackiem maluszka rozkosznie przeciągającego się w wodzie. Znajome, mokre otoczenie. Mały czuje się tu dobrze, bezpiecznie. Zmieniliśmy z Jackiem bieliznę pościelową. Poród był na łóżku bez zabezpieczenia. Basia umyła się dokładnie pod prysznicem. Przedtem obcięłam pępowinę kilka centymetrów od krocza. Sądziłam, że ruch, odświeżenie się, odprężenie ułatwią odklejanie i urodzenie łożyska. Basia czuła się bardzo dobrze. Była silna, sprawna w poruszaniu się po pokoju. Wielokrotnie sprawdzałam, czy łożysko odkleiło się. Były objawy świadczące o jego odklejaniu, nie były one jednak klarowne. Opróżniony był pęcherz moczowy. Mając w pamięci poród Uli z Zielonki postanowiłam czekać na jego absolutnie samoistne urodzenie się. Oczywiście miałam cały czas na uwadze warunki, w których mogłam czekać: prawidłowe napięcie mięśnia macicy, brak krwawienia z dróg rodnych, dobry stan ogólny rodzącej. Wszystkie warunki były spełnione.
Basia i Jacek mieszkają blisko szpitala. Z okna widać było wejście do izby przyjęć oddziału położniczo-ginekologicznego. W razie potrzeby można było nawet szpitalnym wózkiem przejechać w ciągu 5 minut. Był to bardzo trudny trening mojej cierpliwości, mojego zawierzenia siłom natury. Cały czas nie zapominałam o swojej zawodowej odpowiedzialności. Może było to ryzyko. Było to jednak ryzyko cały czas kontrolowane. Czy nie ryzykuje kierowca jadący serpentynami wciąż na krawędzi przepaści? Wie jednak, że jedzie do celu. Jedzie ostrożnie, a jednocześnie mocno trzyma kierownicę, przestrzega przepisów drogowych. Jedzie przecież drogą wybudowaną przez innych. Sytuacja mojego oczekiwania była trochę podobna do takiej jazdy. Ja również przestrzegałam przepisów. Pamiętałam stare dobre zasady postępowania położniczego. Miałam w pamięci przestrogę mojego nauczyciela, pana profesora Roszkowskiego "ręce precz od macicy" w okresie przed odklejeniem się łożyska, a ponadto wszystkie warunki, o których wspomniałam wcześniej. Wciąż zadawałam sobie pytanie: co robić?
Frederick Leboyer odpowiadał mi: "Nic takiego. Tylko cierpliwość. Skromność. Serce pełne pokoju, i milczenie. Uwaga giętka lecz baczna".
To był mój drogowskaz. To sposób na życie. Metoda trudna, ale prowadząca do celu.
Dawno minęły dwie godziny, gdy Basia odczuła silne parcie. Łożysko urodziło się. To błony płodowe tak długo odklejały się. W wielu miejscach były na nich widoczne 2-5 mm "zraziki". Wszystkie były gładkie, lśniące. Na samym łożysku krwiak o zabarwieniu świadczącym o dawnym jego odklejeniu. Tak jak wcześniej tak i teraz modliliśmy się pełni radości i uwielbienia dla Stwórcy, który tak wspaniale skonstruował naturę, a nam ludziom dał między innymi dar cierpliwości. Dlaczego my, chrześcijanie, tak rzadko (lub wcale) o tym mówimy? Ta możliwość wspólnego, w grupie, w rodzinie, otwarcia swojej duszy przed Bogiem daje głębię przeżywania, daje radość, umacnia.
Nie jestem "nawiedzona". Często chowam głowę w piasek, nie przyznaję się do moich nieporadnych prób otwierania się przed ludźmi, przed Bogiem. W tych nielicznych próbach czuję, że Bóg współdziała ze mną, pomaga mi.
Wartość wiedzy i doświadczenia w sytuacjach takich jak podczas tego porodu jest bezdyskusyjna. Jednak bez postawy odpowiedzialności, w opisywanej sytuacji nie mogłoby skończyć się to inaczej jak wydobyciem łożyska, a następnie wyłyźeczkowaniem jamy macicy, gdyby poród odbył się w szpitalu. Wiedza, umiejętności techniczne i nade wszystko umiejętność oceny sytuacji położniczej i stosownego do niej postępowania to nie wszystko. Natura też może być nauczycielką położnej.
Ania i Alek
Kończy się dzień pracy. Za pół godziny koniec dyżuru. jutro imieniny mojego starszego syna. Po późnym powrocie z pracy muszę przygotować kruche ciasto, które dojrzeje przez noc w lodówce. Od czasu współuczestniczenia w porodach domowych moje prywatne plany rzadko realizują się. Tym razem również plany upieczenia wspaniałego jabłecznika na kruchym cieście stały się nierealne. Moje chwilowe zamyślenie przerwał telefon. To Alek prosi mnie tonem oznajmiająco -
-rozkazującym, bym przyjechała do nich taksówką, gdyż Ania zaczęła rodzić; regularne skurcze są już od 17-tej. A ja umówiłam się na dzisiejszy wieczór na domowe spotkanie z Darkiem i Anią, dla których nie miałam do tej pory czasu (za kilka dni termin porodu). Oni za pół godziny mają mnie zabrać na wieczorną herbatkę przy świecach! Cóż, sądzę, że zrozumieją powód, dla którego znów nie pojadę do nich. Czekali przed szpitalem. Po mojej minie i rękach rozłożonych w geście przepraszającym zrozumieli, że i tym razem nie mogę jechać z nimi. Jedziemy razem złapaną na ulicy taksówką. Mieszkają w tej samej co Alek i Ania dzielnicy. Po wyjściu z samochodu żegnamy
się szybko. Do zobaczenia za dwa dni. Może wreszcie spotkamy się!
W "domu porodowym" drzwi otwiera mi Alek. Jest niespokojny, natomiast Ania ciepło uśmiechnięta. Skurcze zaczęły się
cztery godziny wcześniej. Od 17-tej są mocne, regularne. Alek odetchnął:
- Dobrze, że wreszcie jesteś!
Rodzi się ich pierwsze dziecko. Badam jego położenie w macicy: położenie podłużne główkowe. Rozwarcie szyjki macicy 3 cm. Główka w prawidłowym ułożeniu ustalona we wchodzie prawidłowo zbudowanej miednicy. Oznajmiam więc:
- To początek porodu, mamy jeszcze dużo czasu. Pytam w czym mogę pomóc.
- Po prostu bądź z nami. Potrzebna nam była twoja obecność. Jesteś po pracy, zjedz kolację. Przygotowaliśmy ją dla ciebie.
Alek siada ze mną, chwilę rozmawiamy. Ania ma skurcze, więc z powrotem idzie do pokoju. Zostałam w kuchni. Zjadam spokojnie kolorowe kanapki.
To mój piąty poród w domu. Brak mi jeszcze wyczucia: czy powinnam być cały czas z nimi, czy być obok? Wchodzę do pokoju. Siedzą na materacu służącym za małżeńskie łoże. Ania przytulona do Alka odpoczywa po skurczu, on masuje jej kręgosłup w okolicy lędźwiowo-krzyżowej, stymuluje czas i sposób oddychania, jakiś czas siedzę przy nich. Oni zajęci są sobą, wystarczają sobie. Pomimo, że skurcze są częste, oni są spokojni. Rozumiem, że mam być obok. Idę do okna, siadam za zasłoną. Liczę gwiazdy na niebie. Ogarnia mnie senność. Od czasu do czasu (mniej więcej co pół godziny) razem z Alkiem słuchamy tętna płodu - pracy serca ich dziecka.
Wszystko idzie dobrze. Podziwiam cierpliwość Ani w przeżywaniu skurczy porodowych. Po północy skurcze macicy przybierają na sile. Badam: rozwarcie duże - 8 cm, główka dosyć nisko (w próżni miednicy), ułożenie prawidłowe. Ucieszyłam się:
- Jak tak dalej pójdzie, niedługo dziecko urodzi się. A tu jak na przekorę Ania pyta:
- jak mam przekonać dziecko, by poczekało na wybrany przez nas znak zodiaku? Tak planowaliśmy poczęcie, by urodził się skorpion, a on tak się spieszy. Za trzy godziny zaczyna się czas skorpiona!
Odpowiadam również z przekorą:
- Może dziecku astrolodzy przeznaczyli inny znak? Nie zmieniajmy mu na siłę jego przeznaczenia.
Pojawiło się uczucie parcia, jest pełne rozwarcie. Minęła pierwsza godzina nowego dnia. Po pół godzinie niespodzianka, skurcze prawie zupełnie osłabły.
- Może dziecko chce odpocząć przed ostatnim skokiem, a i tobie przyda się czas na regenerację sił - zastanawiam się głośno.
Dziecko i matka długo regenerowali siły. Alek również odpoczywał drzemiąc obok Ani. Ja już nie drzemałam. Niepokoiłam się. Po każdym krótko trwającym skurczu słuchałam pracy serca dziecka: żadnych powodów do niepokoju. Przypominam sobie poród Ani i Tomka. Sytuacja była podobna. Skończyła się ręcznym odklejeniem łożyska! Drugi okres porodu trwa około 2 godzin. Skurcze co 6-7 minut, krótkotrwałe. W badaniu wewnętrznym wszystko w porządku: główka ustalona w próżni miednicy, szew strzałkowy skośnie, ale bliżej wymiaru prostego, ciemiączko małe bliżej spojenia łonowego. Tylko skurcze słabe. Namawiam Anię na ciepły prysznic. Nie zareagowała aplauzem. Trudno, czekajmy dalej, i nagle myśl: to dziecko czeka na wymarzony dla niego przez rodziców znak zodiaku? Uśmiechnęłam się do tego pomysłu. Słucham znów tętna płodu:
miarowe, około 140 uderzeń na minutę. Świetnie. Najlepsza dla Ani pozycja - to wtulenie się w ramiona Alka. Jest wtedy spokojna, ufna, cierpliwa. W takiej sytuacji ja mogę czuwać tylko za zasłoną lub za ścianą. Każda moja nawet najmniejsza ingerencja byłaby brutalnym nietaktem. Namawiam ich do intensywnego spaceru po pokoju. Wreszcie skurcze nasilają się. Są jak burza. Silne uczucie parcia. Alę bardzo boli krocze. Stosuję ciepłe okłady - to daje ulgę. Parcie w pozycji półsiedzącej, plecy oparte o Alka. Ania rozebrana zupełnie; jest gorąco.
Kilka miesięcy temu oglądałam zachodnie filmy o porodach w domu. Rozebrana zupełnie rodząca - to nie podobało mi się. Odbierałam to jako niesmaczny ekshibicjonizm. Jakże inaczej wygląda to w warunkach naturalnych: tutaj to jest potrzebne, naturalne, estetyczne. Najbardziej zabawne jest to, że już po porodzie stwierdziłam, że sama jestem bez bluzki! Była z długimi rękawami. Pewnie przeszkadzała mi. Byłam zdumiona tym odkryciem. To było również potrzebne i naturalne. Całe szczęście, że byłam w spódnicy! Kiedy to się stało? Zapewne przed umyciem rąk do porodu. Rozumiem te osoby, które oburzają się na goliznę rodzącej w obecności jej męża i innych osób bliskich. Sama pamiętam to uczucie z autopsji. Wierzcie mi kochani, że taką sytuację odbiera się inaczej wówczas, gdy można być współuczestnikiem tego domowego wydarzenia. Nie jest się wtedy obserwatorem - jest się uczestnikiem.
Czas intensywnej pracy trwał długo. W sumie drugi okres porodu trwał prawie 3 godziny! Ostatecznie po 10 godzinach urodziła się dziewczynka. Rodzice byli nią zachwyceni. Ja również. Pęknięcie krocza drugiego stopnia, ale na niewielkiej powierzchni - dwa szwy na skórę. Typowe szycie krocza w nietypowych warunkach. Ania bała się. Po zabiegu stwierdziła, że było to nieprzyjemne ale niebolesne. Była to głównie zasługa Alka, który hipnotyzował ją przekazywanym jej uczuciem troski, wyrozumiałości, wdzięczności, miłości. Dziecko urodziło się więc w znaku skorpiona o 3.20. Poczekało, by spełnić marzenia rodziców. Maleństwo po intensywnej pracy przy pierwszym posiłku (głośne ssanie) usnęło. Chcieliśmy robić zdjęcia ale dziewczynka nie lubi błysków flesza. Zaciska mocno oczy, tuli się w odruchu obronnym, przekazując nam w ten sposób swoje niezadowolenie, a może nawet lęk przed nowym, mocnym wrażeniem. Tak zachowują się noworodki w sali porodowej. Boją się ostrego, oślepiającego je światła.
Była też radosna pierwsza kąpiel, oczywiście w wykonaniu taty, który był zdecydowanie silniejszy i bardziej sprawny od mamy. Mój udział ograniczył się do instruowania, podpowiadania. Były też okolicznościowe zdjęcia, ale dopiero po kąpieli, jak nasze maleństwo usnęło. Wyjechałam od nich przed ósmą rano. Mam wolny dzień, zdążę odpocząć po nieprzespanej nocy, upiec po południu imieninowe ciasto. Zrezygnować muszę z kruchego, bo musiałoby "dojrzewać" wcześniej w lodówce, a na to brak już czasu. Zatem poród ten nie zakłócił mojego życia rodzinnego. Będą imieninowe słodkości dla starszego syna, odpocznę trochę i zrobię obiad dla męża i trojga dorosłych dzieci. Starszy syn dwa miesiące temu ożenił się. Jest więc w domu nowa gospodyni. Razem pójdzie nam jak z płatka. Odczuwam dobry kontakt z moją nową córką - tak zawsze pragnęłam mieć córkę. Teraz mam ją dzięki mojemu synowi.
Ewa i Tomek oraz Dana i Stach
Mieszkają na Ursynowie bardzo blisko siebie. Ewa miała rodzić trzecie dziecko, Dana drugie. Do Ewy jeździłam trzykrotnie na fałszywe alarmy porodowe: były skurcze, które "przechodziły". W pamiętną noc pierwszego listopada przyjechał po mnie Tomek i stwierdził, że tym razem dziecko urodzi się. Jechaliśmy ciemną nocą zupełnie pustą drogą. Ponieważ zbliżał się termin porodu Danusi, poprosiłam Tomka, by zajechał tam. Powiem Stachowi i Danie, że jestem niedaleko.
- Danusiu, chciałam Ci tylko powiedzieć, że jestem u Ewy i Tomka, gdybym była ci potrzebna - powiedziałam przez domofon.
- Irenko, chyba anieli cię tu sprowadzili. Od dwóch godzin mam częste skurcze. Znajomi, którzy zapewnili nam samochód wyjechali na groby i wrócą dopiero po południu. Wejdź szybko.
- Nie mogę kochanie, muszę zbadać Ewę i zobaczyć jaka tam jest sytuacja. Ewa rodzi trzeci raz, a i Tomek niecierpliwi się.
- Ale przyjdź na pewno szybko, najszybciej jak to będzie możliwe.
- Obiecuję ci to. Bądź spokojna. Zajmij się dzieckiem. Pamiętaj, że twój spokój, odpowiednia technika oddychania zmniejszają mu dyskomfort rodzenia się. Wytłumacz mu, by się tak bardzo nie spieszyło.
Ewa ma częste, niezbyt silne skurcze. Prawidłowe ułożenie główki w kanale rodnym. Rozwarcie 3-4 cm, szyjka miękka, podatna na rozciąganie, pęcherz płodowy zachowany. Serce dziecka pracuje rytmicznie, w prawidłowym tempie. Zostawiam ją pod opieką Tomka. Idę do Dany i Stacha. Między blokami 7 minut drogi. Noc rozjaśnia się wyraźnie. Dochodzi godzina piąta. Wstaje nowy dzień.
Po zbadaniu Danusi okazuje się, że wynik badania jest identyczny jak u Ewy kilkanaście minut temu.
- Danusiu, nie spiesz się tak, Ewa rodzi trzeci raz i pozwól jej pierwszej urodzić, daj jej pierwszeństwo.
- Irenka nie puszczę cię, a jak ja będę rodzić pierwsza?
- Porozmawiajmy spokojnie. W tej chwili jesteś bardzo spanikowana, a tak w ogóle jesteś bardzo dzielna, rozsądna. Musisz wziąć się w garść. Staś pomoże ci. Z taką pomocą możesz góry przeskoczyć, a nie tylko urodzić dziecko.
- Irenko, co ty mówisz, ja sama nie urodzę, to jest niemożliwe! Ty musisz być z nami.
- Danusiu, ja zaraz wracam do Ewy. Ona urodzi szybko. Powinnam zdążyć wrócić do was po jej porodzie.
- A jak zacznę rodzić bez ciebie?!
- To masz dwa wyjścia, albo pojedziesz do szpitala i nie rób z tego tragedii, albo urodzisz sama przy pomocy Stacha. Zobacz, on jest taki spokojny, zrównoważony. Opiekuje się tobą z taką troską i miłością...
- Do szpitala nie chcę, nie mogę, nie chcę na nowo przeżywać tragedii pierwszego porodu, a sama przecież nie urodzę. Wracaj szybko.
- Zapewniam cię, że wrócę natychmiast po urodzeniu się dziecka Ewy.
Szepnęłam też do ucha Stasiowi:
- W razie gdyby wasze dziecko urodziło się rzeczywiście beze mnie, pamiętaj o możliwie szybkim zaciśnięciu pępowiny. Zrób to jednak spokojnie. To jest bardzo ważne. Emanuj swoim spokojem na Dane. Przede wszystkim jednak pomyślcie o szpitalu. Ja nie mogę się podzielić.
- Dobrze Irenko, ja w pełni zawierzyłem Bogu, a on jak dobry ojciec nigdy nie zawiedzie tych, którzy ufają mu w pełni do końca, którzy nic nie kombinują.
Uściskałam ich serdecznie, dałam nadzieję, otuchę, zostawiłam ich w spokoju. Danusia już rozluźniona, trochę odreagowana, ciepło, choć niepewnie uśmiechała się na pożegnanie.
Skurcze Ewy trochę osłabły, powtarzały się z tą samą częstotliwością, były jednak krótkie, z małym napięciem macicy. Położyłam się w drugim pokoju przy otwartych drzwiach, by nie przeszkadzać Ewie i Tomkowi, a jednocześnie by czuwać i być gotową w każdej chwili do udzielania pomocy. Razem z Tomkiem wielokrotnie słuchaliśmy pracy serca dziecka. Tomek był wzruszony i dumny ze swojej żony i własnej decyzji pozostania z nią w domu, ja byłam spokojna. Dwie starsze ich córeczki, półtora i trzy latka, spały u siostry Tomka.
Skurcze parte trwały krótko. Główka dziecka zsuwała się do wyjścia. Tomek podtrzymywał żonę, wspierał ją duchowo i fizycznie. Kiedy krocze wyraźnie napinało się (jeszcze dwa, trzy skurcze i dziecko urodzi się) - ostry natarczywy dzwonek do drzwi. Kazałam Ewie nie przeć, popędziłam zobaczyć co się dzieje. Wystraszona sąsiadka (jedyny kontakt telefoniczny z Danusią i Stachem) prawie krzyczy, że tam rodzi się dziecko w domu i trzeba natychmiast tam jechać.
- Proszę się nie denerwować. Dziecko tu, w tym domu urodzi się za dwie, trzy minuty i najdalej za 10 minut pojadę do tych, którzy dzwonią do pani.
Wracam do Ewy i Tomka ufając, że zdążę spokojnie dotrzeć do Danusi przed urodzeniem się jej dziecka, jeśli Stach wcześniej nie wezwie pogotowia. Synek Ewy i Tomka rodzi się w trzecim kolejnym skurczu. Jest różowy, spokojny, rozgląda się. Tomek jest szczęśliwy. Całuje i przytula żonę i synka. Podzielam ich szczęście, ale myślę z niepokojem o Danie i Stachu. Ewa mówi do mnie spokojnie, miękko i stanowczo:
- Idź do Dany. Ona cię potrzebuje. Tomek cię zawiezie, będziesz szybciej.
- Ależ Ewuniu, dziecko jeszcze nieodpępnione, muszę zobaczyć czy nie masz obrażeń krocza, jeszcze potem łożysko.
- Nie martw się o mnie, obydwoje, ja i dziecko, czujemy się świetnie. Mnie się nic nie stanie, Tomek zaraz wróci. Idź spokojnie.
Wspaniała kobieta. Ona sama wymagająca w tym momencie troski, czułości i opieki oddaje nas drugiej kobiecie jeszcze bardziej potrzebującej mojej obecności! Całuję ją wzruszona jej postawą i znikamy z Tomkiem pędząc do samochodu. Za dwie minuty jestem już przy drzwiach Dany.
- Tomku, dzwoń natychmiast, gdyby coś się wydarzyło. Domofon, meldunek, Stach otwiera drzwi:
- Nasza córeczka już się urodziła...
To niesamowite. Według pobieżnych obliczeń obydwa porody miały miejsce w tej samej minucie. Danusia urodziła w wannie, ale nie do wody. Weszła do wanny, bo czuła bolesne napinanie krocza i ciepła woda z prysznica łagodziła jej ten ból.
- Bolało mnie i parłam, bo to przynosiło mi ulgę. Ani przez ułamek sekundy nie przyszło mi jednak do głowy, że ja już rodzę. Przecież ciebie nie było! Potem poczułam, że coś mi przeszło. Stach stwierdził, że to główka dziecka. Nie wierzyłam. Dotknęłam - tak, to główka! Irenko, za chwilę urodziło się całe dziecko! Ja sama urodziłam! To niemożliwe. Nie jestem w stanie w to uwierzyć!
Danusia była pełna emocji, energii i rzeczywiście sytuacja była dla niej nierealna. Tak dalece nie wierzyła swoim siłom, naturze. Była jednak absolutnie szczęśliwa. Jeszcze wielokrotnie w ciągu dnia słyszałam z jej ust:
- Irenko, to niemożliwe, trudno mi uwierzyć, że ja urodziłam. To niesamowicie cudowne. Stach zapomniał o zaciśnięciu pępowiny. Zbyt dużo obowiązków, wrażeń.
- Irena, bardzo mi było brak twojej obecności, twojego spokoju, wiedzy, doświadczenia. Co z tą pępowinką?
- Stachu, świetnie poradziłeś sobie. Pępowinę już zaciskamy. Nie ma odwrotu. Może nic się nie stało....
Pobrałam krew do dwu przygotowanych wcześniej probówek: na grupę i Rh dziecka oraz na poziom bilirubiny. U rodziców jest niezgodność serologiczna. Organizm matki nie wytworzył przeciwciał w czasie ciąży, może więc dziecko odziedziczyło krew po mamie?
Łożysko urodziło się około pół godziny po porodzie. Szycie krocza - dość duże pęknięcie. W czasie szycia Dana karmiła maleńką córeczkę, była nią zajęta. Stach asystował mi trochę przy szyciu (podawał, trzymał światło, polewał spirytusem). Poszło szybko, sprawnie.
Gdy wróciłam do Ewy i Tomka, okazało się, że łożysko urodziło się również pół godziny po porodzie całe, krocze bez obrażeń. Razem z Tomkiem, starszymi córeczkami i siostrą Ewy zjadłam przygotowane wcześniej śniadanie.
Ewa pije tylko gorące mleko z maleńką bułeczką z masłem. Chce być w tym czasie sama z synkiem, jest zmęczona. Nie zgadza się na to by oddać synka do wspaniałej drewnianej kołyski w stylu ze starej epoki. Jeszcze tylko pierwsza kąpiel i wracam do Stacha i Danusi.
Kilka godzin straciłam na to, by wreszcie nieuczciwym podstępem i za opłatą uzyskać zgodę na zbadanie krwi pobranej z pępowiny. Moja nieuczciwość polegała na tym, że przedstawiłam się jako kuzynka kobiety, która urodziła w domu na wsi i nie chce za nic na świecie przyjechać do szpitala. Ona sama i dziecko czują się dobrze. W dwu szpitalach, w których byłam wcześniej laborantki nie chciały ze mną rozmawiać, gdy przedstawiłam się jako położna obecna przy porodzie w domu. Sądzę, że nie mamy prawa dyskwalifikować do porodu w domu
kobiety z brakiem czynnika Rh przy pozytywnych wynikach badań serologicznych z okresu ciąży. Należy natomiast stworzyć możliwości wykonywania badań koniecznych w tej sytuacji dla zapewnienia bezpieczeństwa dziecku nowo urodzonemu (bilirubina) i następnemu dziecku poprzez podanie matce immunoglobuliny, jeśli są warunki wskazujące na konieczność jej podania. Przecież te badania mogą mieć oficjalnie ustaloną cenę i szpital zyskałby wówczas, a nie stracił, a laborantki mogłyby je wykonywać w pełnym poczuciu odpowiedzialności. Kiedy wreszcie przestaniemy zamykać oczy na problemy, które przecież istnieją?
Wróciłam do domu późnym wieczorem. Tomek zawiózł mnie prosto na rozświetlony lampami cmentarz. W modlitewnym skupieniu wspominałam swoich zmarłych rodziców, swoje lata dziecięce, młodzieńcze, trud rodziców jaki włożyli w wychowanie mnie i czworo mojego młodszego rodzeństwa, ich pomoc w opiekowaniu się moimi synami, szczególnie w czasie moich studiów. Jak to było dawno...
Ela i Tomek
24. XII - wieczór wigilijny. Sprzątamy po rodzinnej wieczerzy. W pokoju palą się lampki na choince, leżą od-pakowane prezenty od Mikołaja. Nastrój świąteczny. Moje starsze dzieci poszły już do własnego domu. My z mężem i młodszym synem szykujemy się na pasterkę.
Dzwonek ostry, natarczywy. Kto to może być o tej porze? Wyglądam przez okno: ktoś nieznajomy. Mój syn Adam wybiega do furtki. Wraca za chwilę zataczając się ze śmiechu:
- Ale Mamę dopadło po 20 latach! Powtórzyło się, tylko u kogoś innego...
- Adam nie szalej, o co chodzi?
Radość Adama nasila się. Urodził się równo 20 lat wcześniej, dziś są jego urodziny i imieniny.
Rzecz wyjaśniła się: to Ela rodzi swoje piąte dziecko. Trzeba się spieszyć.
Elę znam od dawna ze spotkań w Stowarzyszeniu Naturalnego Porodu i Karmienia. Na pasterkę rodzina pójdzie beze mnie. Będą się modlić, by razem z symbolicznymi narodzinami Jezusa, urodziło się bezpiecznie maleńkie dziecko Eli. Przyjeżdżam na miejsce. Stół świątecznie nakryty, świece, choinka, a na niej kolorowe lampki. Elżbieta z cierpieniem na twarzy.
- Elu, uśmiechnij się do swojego dziecka. Ono będzie rodziło się przerażone twoim smutkiem i cierpieniem. Ma dość swoich zmartwień. Ty nie ułatwiasz mu zadania dołączając swoje cierpienie, swój ból. Pomóż mu. Na pewno to potrafisz.
- Już w porządku. Wiem, że z tobą, przy twojej obecności uda mi się. Zaraz pozbieram się - twierdzi Ela.
Według relacji rodzącej skurcze były bardzo silne, były trudności z rozładowywaniem napięcia mięśni, z oddychaniem. Badam: główka lekko przyparta do wchodu (lekko wstawiona do kanału rodnego), rozwarcie 3-4 cm. Pęcherz płodowy zachowa-ny. Serce dziecka pracuje równo, w prawidłowym rytmie.
- Musimy czekać. To jeszcze trochę potrwa. Nie popędzajmy dziecka. Urodzi się później, jak mój Adam 20 lat temu. Pewnie to dziewczyneczka, romantyczka, czeka na pierwszy brzask - zażartowałam. Około drugiej po północy skurcze są już regularne, ale niezbyt silne, o niewielkim napięciu mięśnia macicy. Namawiam Elę by pochodziła, ale wyraźnie nie ma na to ochoty. Wreszcie kładzie się:
- Może będę spać, albo chociaż odpocznę... Tomek robi nam gorącą herbatę, ja próbuję po kawałku świetnych wypieków świątecznych. Rozmawiamy cicho, słuchamy transmisji z pasterki z Rzymu. Tomek wychodzi do drugiego pokoju. Pewnie zmorzył go sen. Elżbieta co 4-5 minut oddycha w sposób wytrenowany w okresie ciąży.
- Czy robię to dobrze?
- Bardzo dobrze. Widzisz, uspokoiłaś się, dziecko również.
- Tak, czuję mniejszy niepokój w brzuchu.
Dość długo siedziałam przy rodzącej, trzymałam ją za rękę, dodawałam jej otuchy. W przerwach między skurczami Ela drzemała. Ja też byłam zmęczona po całym dniu przygotowań do domowej wieczerzy wigilijnej.
Jest środek nocy. Kładę się na wersalce po drugiej stronie pokoju. Drzemiemy obydwie w przerwach między skurczami. Około czwartej skurcze nasilają się wyraźnie. Elżbieta po-trzebuje pomocy. Wstaję, chcę obudzić jej męża.
- Nie budź Tomka. On cały dzień zajmował się czwórką naszych dzieci, wywiózł je potem do rodziców. Musi odpocząć, bo jutro potrzebne mu będą siły do zajęcia się domem.
Znów siedzę przy rodzącej, trzymam ją za rękę, wspieram ją w czasie skurczów kierując jej oddychaniem, pomagając w rela-ksowaniu się w czasie przerw. Dodaję jej otuchy, akceptuję każde zachowanie zachęcając jednocześnie do zachowań skierowanych na dobro dziecka. Pracujemy nad tym wspólnie. Odnajdujemy w tym radość. Dziecko jest spokojne ale bardzo intensywnie współdziała z siłami natury zmierzając ku wyjściu w nowe środowisko.
Pęka pęcherz płodowy, wody płodowe czyste. Badam: możemy rodzić, rozwarcie szyjki macicy pełne. Zaczynają się skurcze parte. Proponuję zmianę pozycji. Ela wstaje z łóżka, poddaje się sugestii. Pojawia się Tomek. Jednak czuwał z daleka. Przychodzi wówczas, gdy jest absolutnie niezbędny. Wie jaka jest jego rola. Siada na fotelu, Ela przed nim na brzegu fotela, wspiera się na jego kolanach, plecy i głowę opierając o jego klatkę piersiową.
- Tak jest wspaniale. Chciałam żebyś spał, ale wdzięczna ci jestem, że jesteś ze mną.
Ela z wdzięcznością tuli się do męża. Dziecko rodzi się szybko, ale spokojnie. W lusterku leżącym na podłodze obserwują obydwoje te cudowne minuty. Dziecko zachowuje się jak zaproszony gość, który jednak nieśmiało i niepewnie wchodzi przez uchylone drzwi. W momencie gdy główka przechodzi swym największym wymiarem przez krocze, Ela oddycha szybko przeponą, by odblokować napięcie mięśni krocza. Wspaniale. Udało się. Główka przesunęła się spokojnie, miękko, samą siłą skurczu. Podtrzymywałam główkę przed zbyt gwałtownym wyskoczeniem.
Wewnątrz kanału rodnego na główkę wywierają nacisk mięśnie, kości, siła skurczu macicy i ewentualnie siła parcia rodzącej, a na zewnątrz tylko siła ciśnienia atmosferycznego.
Zatem niekorzystna dla główki byłaby ta gwałtowna zmiana ciśnienia wewnątrzczaszkowego w przypadku zbyt szybkiego jej urodzenia się. Natomiast zbyt silny nacisk rodzącej się główki powiększony o siłę parcia mógłby spowodować rozległe pęknięcie krocza.
W następnym skurczu, jak pisklę, wytrzepuje się razem z ramionkami maleńka kobietka. Święty Mikołaj z niewielkim opóźnieniem przyniósł upragniony prezent. Dziecko cicho kwili. Rodzice podtrzymując je dodają mu otuchy w jego niepewności. Głaszczą je z miłością. Maleństwo otwiera oczy, rozgląda się. Tak, rozgląda się! Jego oczy poszukują, są ciekawe nowego świata. Palą się tylko kolorowe lampki na choince. Nikt nie świeci mu prosto w oczy. Unosi wysoko główkę, leżąc na piersi swojej mamy. Pierwsze oddechy, spokojne, bez krzyku, wspierane są jeszcze tlenem dostarczanym przez matkę drogą naczyń pępowinowych. Trwa to około 10 minut.
Tomek był bardzo wzruszony, rozkojarzony. Ręce drżały mu tak, że nie był w stanie przeciąć pępowiny. Zrobiłam to sama. Obydwoje byli szczęśliwi. Mam współudział w ich radości. Chwila jest podniosła, uroczysta.
W chwilę później oceniam w łazience łożysko: całe bez wątpliwości. Spłukuję "z grubsza" zabrudzone podkłady. Na mojej świątecznej sukience zostaje trwały ślad tego wigilijnego przeżycia: plamy z krwi po nieostrożnym oglądaniu łożyska. Teraz mogę ją nosić w domu zakrywając czystym fartuszkiem stare plamy.
Małgosia i Darek
Termin porodu 21 marca. Będzie rodziło się ich pierwsze dziecko. Może uda im się urodzić w wyznaczonym terminie, gdyż jest to mój dzień wolny. Darek jest absolwentem ATK, Małgosia kończy studia. Do porodu są dobrze przygotowani tak fizycznie poprzez ćwiczenia w szkole rodzenia, jak też i psychicznie. Spotkaliśmy się w ich domu. W rozmowie z nimi wyczuwa się radosny nastrój oczekiwania na poród, na powitanie z maluszkiem. Oczy Darka są pełne spokoju, łagodności i miłości do żony. W dowcipie Małgosi ujawniającym się w wielu wypowia-danych przez nią spostrzeżeniach wyczuwa się dużo wewnętrz-nej radości. Uzupełniają się słowem, spojrzeniem. Po pięciu minutach od poznania się rozmawiamy jak starzy przyjaciele. Zjadamy z apetytem placki ziemniaczane, które donosi nam mama Małgosi. Planowałam wcześniej, że rozmowa nasza będzie trwała około godziny. Zrobił się późny wieczór, gdy zorientowałam się, że czas najwyższy iść do własnego domu. Umawiamy się na spotkanie podczas przyjazdu Michela Odent do Warszawy.
Michel Odent, znany francuski klinicysta, właściciel kliniki położniczej pod Paryżem, po przeniesieniu się do Anglii, od kilku lat pracuje w Londynie jako położna, przyjmując porody w domu. Twierdzi, że dopiero w tej roli czuje się w pełni dobrym położnikiem. Bardzo ceni sobie spokojny, ciepły kontakt z rodzącą i jej mężem w czasie porodu. Poczucie bezpieczeństwa rodzącej wśród bliskich jej osób powoduje, że zabiegowość porodów jest bliska wartości zerowej (według jego statystycz-nych wyliczeń). Michel Odent pozwala na rodzenie zgodne z fizjologią, oczywiście cały czas obserwując w sposób uczestniczący tak przebieg porodu jak i stan rodzącego się dziecka. W swojej klinice położniczej w Pitiviers pod Paryżem poznał wartość uczestniczenia męża rodzącej przy porodzie, udomowienia szpitalnej sali porodowej. Preferuje porody w wodzie, czyli nade wszystko porody naturalne, bez zabiegowej interwencji. Swoje spostrzeżenia, doświadczenia przekazał na spotkaniach zorganizowanych przez Stowarzyszenie Naturalnego Porodu i Karmienia.
Z Małgosią i Darkiem spotykamy się w sobotnie przedpołudnie w Pałacu Kultury. Na spotkanie z Michelem Odent przybyło dużo osób zainteresowanych poruszaną przez niego problematyką.
- Wiesz Irenko, naszemu dziecku podobał się ten wykład. Wierciło się bardzo, nasłuchiwało, ale wody płodowe i mój brzuch tłumią zbyt mocno głos Michela i w związku z tym pewnie będzie się chciał już urodzić, by samemu wysłuchać do końca na własne uszy tego, co ten lekarz ma do powiedzenia - z szelmowskim uśmiechem dowcipkuje Małgosia. Odpowiadam serio:
- Małgoś, lepiej pójdźcie na spacer lub może gdzieś do przytulnej kawiarenki na lody lub bitą śmietanę i herbatkę z rumem. Jutro mam do spełnienia ważną misję: zainicjować powstanie sekcji położnych przy Stowarzyszeniu Naturalnego Porodu i Karmienia. Zjeżdżają się położne z całego kraju. Może będzie ich niewiele, jednak chcę być wypoczęta, by sprostać tak poważnemu zadaniu. Jeśli twoje dziecko uprze się, by rodzić się dzisiaj, musi przyjąć do wiadomości, że nie mogę uczestniczyć w jego narodzinach.
- No, dobrze. Wyjaśnimy to wszystko naszemu dziecku. Na pewno zrozumie twoją sytuację i poczeka aż będziesz spokojna. Ma jeszcze cztery dni przed sobą. Darek jest absolutnie przekonany, że zdoła to dziecku wyperswadować.
Tego dnia po południu mam dyżur organizacyjny z ramienia Zarządu Stowarzyszenia na spotkaniu z Michelem Odent. Popołudniowe spotkanie z Michelem zaczęło się o 16-tej, a o 17.30 zjawia się sam Darek. W jego ogromnych oczach widzę błaganie.
- Od prawie dwu godzin skurcze są co 5 minut, pewnie pękł też pęcherz płodowy. Zgodnie z twoją sugestią byliśmy na lodach i tam zaczęły się pierwsze skurcze.
Zdrętwiałam. Co robić? Dziś dyżur, jutro tak ważne spotkanie... Ona rodzi pierwszy raz, to może potrwać... Co jest ważniejsze?
Nie pierwszy raz w życiu stawałam przed tak takim dylematem, przed sytuacją, w której z dwu ważnych spraw trzeba wybrać ważniejszą. Czy jest coś ważniejszego od podania pomocnej dłoni komuś, kto na tę pomoc oczekuje? Rozejrzałam się wśród obecnych: jest Tadeusz, skarbnik Stowarzyszenia. Dyżur przejmuje spokojnie. Cieszy się, że też może nam pomóc.
Jedziemy z Darkiem do Małgosi. Ona znów żartuje:
- Widzisz Irenko, nasze dziecko koniecznie chce być z tobą na jutrzejszym spotkaniu z położnymi. Może urodzi się przyszły talent położniczy?
Badam. To początki rozwierania szyjki macicy. W badaniu wyczuwa się też pęcherz płodowy, a więc jest zachowany. Poród potrwa jeszcze kilka lub kilkanaście godzin w zależności od intensywności skurczów szyjki macicy. Nie mam ze sobą żadnych narzędzi. Co zrobię jak trzeba będzie szyć krocze? Mam jeszcze dużo czasu, zdążę pojechać samochodem do domu i wrócić z narzędziami.
Znajomy Darka wiezie mnie po moją walizkę położniczą. 17 kilometrów za Warszawą samochód staje. Przebita dętka! Koło zapasowe jest, ale nie można zdjąć uszkodzonego. Po półgodzinnych próbach spocony, zdenerwowany kierowca rozkłada ręce.
- Nie da rady. Nie możemy jechać dalej. Musimy zatrzymać jakiś wóz.
Jest jednak ciemno, żaden z przejeżdżających samochodów nie zatrzymuje się. Za kilka minut mam autobus PKS. Uprzejmy kierowca widząc mnie biegnącą w kierunku przystanku zatrzymuje się. Zdążyłam.
W domu zabieram swój komplet położniczy, głowię się jednocześnie nad odpowiedzią na pytanie: jak wrócę? Do najbliższego autobusu godzina. Na miejscu byłabym za dwie godziny. W sumie ponad cztery godziny. Nie będę wiedziała, co się w tym czasie wydarzyło, czy wszystko u Małgosi i jej dziecka jest w porządku.
Mój młodszy syn wiezie mnie do Warszawy samochodem pożyczonym od znajomych.
Minęła godzina dwudziesta druga. Małgosia chodzi po maleńkim pokoiku. Darek jak cień wciąż jest z nią. Skurcze nadal są co 4-5 minut. Zapowiada się cała noc czuwania. Czas ten urozmaicamy sobie nagrywaniem na taśmę magnetofonową pracy serca dziecka i pracy serca rodzącej mamy. Jest to możliwe dzięki aparatowi UDT, który przywiozłam ze sobą. Jakiś czas siedzę w kuchni i popijając mocną herbatę robię notatki na jutrzejsze spotkanie z położnymi. Rodzice są obok w pokoiku. Jest spokój, cicha muzyka zza drzwi. Pomiędzy drugą, a trzecią w nocy moje zmęczenie, senność są nie do opanowania. Po zbadaniu Małgosi i dziecka, kiedy zorientowałam się, że mamy około 3-5 godzin do porodu, położyłam się w drugim pokoju. Zasnęłam natychmiast mimo, że miałam ambitne plany czuwania. Oczywiście przedtem zobligowałam Darka do tego, by informował mnie o każdej zauważonej zmianie lub każdym ich niepokoju. Przez sen usłyszałam cicho otwierające się drzwi ich pokoju. Byłam w drzwiach, gdy z drugiej strony pojawił się Darek.
- Dlaczego nie spałaś? Przeciesz ja czuwałem.
- Spałam, ale wyczułam, że czas pójść do was. Okazało się, że spałam prawie trzy godziny. Zaczęły się skurcze parte. Czas jakiś starałam się powstrzymać Małgosię przed wypieraniem dziecka, rozwarcie nie było całkowite. Darek klęczał przed wersalką, na której Małgosia próbowała odpoczywać i przetrzymać ten trudny czas. Pomogła specjalna technika oddychania stosowana na ten okres porodu a wytrenowana wcześniej w szkole rodzenia. Darek był troskliwym, czułym instruktorem. Nie zrażał się chwilowym zniecierpliwieniem swojej żony. Równa, miarowa praca serca dziecka dodała im otuchy, zadziałała jak nowa bateria w latarce elektrycznej, która służy do rozświetlania ciemności. Małgosi powrócił dobry humor. Głaszcząc się po brzuchu przemawiała do maluszka:
- Masz szansę wykazać swój talent położniczy, a świetny nauczyciel, ciocia Irenka przekaże ci go dotykiem własnych rąk. Nie możesz zawieść mojego zaufania, a cioci Irence zrobić wstydu. Tatuś też czuwa obok, pomoże ci jak będzie trzeba.
Posłuszny maluszek rodził się z prawdziwą wirtuozerią. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że krocze mamy zachowało się całe bez najmniejszego otarcia. Niepotrzebnie przeżyłam całą tę denerwującą przygodę z narzędziami.
Malutka panieneczka jest cicha, spokojna, różowiutka. Małgosia przytula ją, Darek delikatnie ją głaszcze, całuje z wdzięcznością żonę. W uściskach nie zapominają też o mnie. Byłam dla nich jak narząd wewnętrzny ważny dla życia organizmu. Dziecko urodziło się o 7.40.
O 9.00 spotkanie na Wybrzeżu z położnymi. Trzeba tam dojechać. Czasu jest niewiele. Zjadam pośpiesznie śniadanie przygotowane przez mamę Małgosi. Nie mogę dłużej czekać na urodzenie się łożyska! Muszę już jechać... Zostawiam rodzącą z jej maleństwem pod opieką młodej babci. Razem z Darkiem pojechaliśmy po lekarza położnika, który zgodził się być z rodzącą do końca. Darek odwiózł mnie samochodem na planowane od kilku tygodni spotkanie z położnymi.
Weszłam tu punktualnie jak hrabia Monte Christo. Moje zmęczenie i brak talentu organizacyjnego sprawiły, że spotkanie nie było prowadzone prężnie. Nie znam się na niuansach dotyczących regulaminu głosowania i w ogóle prowadzenia tego typu spotkań. Na szczęście był obecny Marcin, jako członek zarządu Stowarzyszenia. Poprosiłam go o pomoc. Marcin został męską położną Stowarzyszenia, ponieważ do niego jako do kochanej "Marciny" piszą listy położne z RFN-u i Holandii. Świetnie zna język niemiecki i dobrze angielski i dlatego prowadzi tą korespondencję w imieniu polskich położnych.
Na spotkaniu pojawił się Darek razem z lekarzem, który był u nich w domu. Obydwaj uśmiechnięci. Wiedziałam, że jest dobrze. Lekarz szepnął mi na ucho informację potwierdzającą:
łożysko całe, krocze bez śladu obrażeń porodowych. Poprosiłam też Darka o przekazanie wszystkim zebranym jego relacji z nocnego porodu. Relacja była świeża, autentyczna, wzruszająca. Sądzę, że ten niezaplanowany, nieoczekiwany na tę noc poród był potrzebny właśnie po to, by mógł być na gorąco odtworzony dla położnych zamiast filmu na video.
Serdeczne słowa uznania za mądrą miłość macierzyńską należą się mamie Małgosi. Okazała tyle taktu, cierpliwości, potrafiła usunąć się w cień, czuwać w drugim pokoju, nie wtrącać się, nie narzucać swojej pomocy ani nie okazywać nadmiernej ciekawości nawet wówczas, gdy w drugim okresie porodu Małgosia nie hamowała swoich reakcji postękując dość głośno przy wypieraniu dziecka. Przecież to ona została ze swoją jedyną córką, ze swoją pierwszą nowo urodzoną wnuczką w sytuacji nie do końca klarownej: jeszcze nie urodziło się łożysko. Nie panikowała, spokojnie przyjęła tę informację. Była to dla niej okazja, by utulić swoją dzielną jedynaczkę po spełnionym przez nią jej życiowym zadaniu, by przytulić maleńką wnuczkę.
Agnieszka i Marcin
Znałam ich od dawna. Spotykaliśmy się w Stowarzyszeniu Naturalnego Rodzenia i Karmienia. Są pełni inwencji, inicjatywy, chęci działania na rzecz innych. Nie dążą za wszelką cenę do wzbogacenia się. Są rodzicami dwóch małych chłop-czyków wymagających wiele troski, opieki, wyrzeczeń, rezygnacji z odpoczynku, snu, rozrywki. Wszystkie obowiązki domowe dzielą między sobą lub wykonują je wspólnie. Mają czas na zabawę z dziećmi. Dzieci otoczone są miłością, tryskają radością, są psotne, wszędzie ich pełno. Jest to oznaka zdrowia fizycznego i psychicznego i poczucia bezpieczeństwa.
Ich trzecie dziecko poznałam kilka miesięcy wcześniej: "witaj maluszku" - głaskałam go przez brzuch mamy przy każdym spotkaniu. Pierwsze dziecko urodziło się przy pomocy cięcia cesarskiego, drugie w domu - Bogu dzięki bez powikłań. Trzecie miało urodzić się wyłącznie w domu. Maluszek rósł szybko.
Agnieszka martwiła się: jak będzie to dziecko rosło tak szybko, to będzie za duże, by urodzić go drogami natury. Znów zrobią mi cięcie cesarskie.
Codzienne domowe zajęcia mateczki zajmującej się dwoma małymi urwisami, uciążliwość dokonywania zakupów przy niewielkiej ilości pieniędzy, łamanie sobie głowy nad szczupłym budżetem domowym, wiele telefonów od i do znajomych, udzielanie telefonicznie porad matkom mającym trudności w karmieniu piersią, raz w tygodniu szkoła rodzenia, którą prowadzą wspólnie z Marcinem - to jej obowiązki. Ma jeszcze jeden, którego wciąż nie może zrealizować: dokończenie pracy magisterskiej (skończyła polonistykę). Chociaż często odczuwa zmęczenie, nie załamuje rąk, nie lituje się nad sobą i swoim losem, jak to często robią kobiety w podobnych sytuacjach. Ona jest aktywna, pracuje (bez zarobku) na rzecz innych. Jest to postawa w pełni katolicka: nie oglądając się na zapłatę robi to co może, by pomagać innym, dać im cząstkę siebie. Marcin jest również absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego. Początkujący dziennikarz. Trudno mu zarobić na utrzymanie rodziny. Z pasją włącza się w działalność społeczną na rzecz rodziny (organizacje krajowe i międzynarodowe). Dostrzega płynące stąd dobro. Ma absolutną rację twierdząc, że siedzenie i czekanie z założonymi rękami nic nie zmieni na lepsze, że "trzeba walczyć, by coś zyskać".
Dużą siłą napędową jest ich wiara, wiara żywa, naprawdę istniejąca i realizująca się w ich życiu. Przekonałam się o tym w godzinach trwania porodu. Agnieszka marzyła o uczestniczeniu w całonocnej wielkanocnej liturgii paschalnej. Pięć dni przed wyznaczonym według owulacji terminem porodu dzwoni Marcin informując mnie, że prawdopodobnie zaczęły sączyć się wody płodowe. Poza tym wszystko w porządku.
- Dobrze, przyjadę po dyżurze.
Wieczorem badam (zewnętrznie): główka lekko wstawiona do wchodu miednicy kostnej, gdyby pękł pęcherz płodowy, wody płodowe sączyły by się cały czas. Teraz jest sucho. Przez UDT-kę słyszymy wszyscy miarową pracę serduszka dziecka. Nie ma powodu do niepokoju.
- Musisz Agnieszko poczekać cierpliwie. To tylko ty chcesz urodzić, dziecko ma jeszcze czas, jemu nie śpieszy się tak jak tobie.
- Irena, ja tak bardzo chcę uczestniczyć razem z dziećmi w liturgii paschalnej - wzdycha Agnieszka.
- Może jedno z nich będzie w niej uczestniczyło czekając dalej na swoje urodzenie.
Następny dzień. Po pracy umówiłam się na spotkanie z Jagodą i Bogdanem. Jednak jadę wcześniej do Agnieszki i Marcina; chcę upewnić się, jaka obecnie jest sytuacja, jak czuje się matka i mające urodzić się dziecko. Na szczęście wszystko jest w porządku. Agnieszka ma wyraz twarzy osoby, która bardzo zawiodła się na swoich planach.
- Teraz wolałabym urodzić w same święta lub w dwa następne dni, kiedy masz jeszcze wolne. Mogłabym spokojnie pójść na nocną liturgię - zwracając się do mnie mówi Agnieszka.
Podpowiadam, by zostawiła tę sprawę Bogu, naturze i mające-mu urodzić się dziecku.
- A jak zacznę rodzić w Wielką Noc?
- Znajdziesz mnie w moim kościele, to żaden problem. Zaufaj i czekaj.
Wtorek - mój wolny dzień w Wielkim Tygodniu. Skubię zielsko już gęsto rosnące na mojej działce. Mam za mało czasu na prywatne sprawy.
Przed furtkę zajeżdża samochód, z którego wychodzi kobieta.
- Przysłała mnie Agnieszka. Są skurcze.
Chwasty odetchnęły, mogą rosnąć dalej. Jutro cały dzień w pracy, potem tylko dwa dni na przygotowania domowe do świąt. Musi wystarczyć mi czasu. Może znajdę jakąś chwilę na rozprawienie się z chwastami.
Jedziemy. Kierowca, koleżanka Agnieszki i Marcina (wszyscy są ze wspólnoty neokatechumenalnej) relacjonuje mi sytuację. Wszystko potwierdza się na miejscu: skurcze coraz częściej pojawiające się, "ale jeszcze do wytrzymania" jak określa je Agnieszka. Oceniam napięcie macicy w czasie skurczu, słucha-my pracy serca dziecka. Rozwarcie 3-4 cm. Mamy sporo czasu przed sobą. W domu jest spokój, cisza. Chłopcy są u babci.
- Przygotowałem obiad, siadajcie do stołu - Marcin przynosi pachnące wspaniale dania obiadowe.
Zjadamy wszystko z apetytem. Tylko Agnieszka wstaje co 5 min. i trawi jedzenie razem z rodzącym się maluszkiem, kołysząc brzuszkiem w rytmie oddychania. Po obiedzie odpoczywamy, rozmawiamy o różnych sprawach wracając wciąż do tematu głównego, do porodu. Rozmowa jest spokojna, pogodna.
- Może pomodlimy się wspólnie? - pada hasło. Jest odzew. Siadamy w małym kręgu. Marcin bierze modlitewnik i gitarę. Dzwonek do drzwi. To przyjaciel domu i świadek na ślubie Agnieszki i Marcina. Jest klerykiem, studentem na KUL-u.
- Przyszedłeś w samą porę. Poprowadzisz modlitwy. Właśnie nasze trzecie dziecko zdecydowało się na urodzenie - Marcin podsuwa następne krzesło do kręgu speszonemu nieco wiadomością gościowi.
Z głębi serca płynące słowa radości, próśb, wdzięczności, pokory i dziękczynienia przeplatamy śpiewem psalmów. Nie czujemy ekstazy modlitwy, czujemy spokój, radość, naturalną obecność Boga z nami, Jego obecność w nas, w naszym oczekiwaniu.
Dziecko regularnie, coraz bardziej intensywnie zaznacza swoją obecność wśród nas. Skurcze wyraźnie uaktywniają się. Mateczka rodząca wsparta na ogromnej piłce uginającej się pod jej ciężarem "wysapuje" swój ból związany ze skurczem. W moich oczach jest pełna akceptacja jej zachowań. Czujemy jedność myśli, odczuć i pragnień w tym małym gronie ludzi wznoszących wspólnie i indywidualnie modlitwy do Boga. Przyjaciel w sutannie musi już iść.
- Będę dalej z wami w modlitwie.
W takiej atmosferze czuje się pozytywną odpowiedź Boga na wznoszące się do Niego prośby.
Skurcze są mocne. My rozmawiamy, Agnieszka jakby odłączała się od nas. Wreszcie pada rozkaz:
- Idźcie sobie gadać do kuchni. Wszyscy. Chcę zostać sama. Wychodzimy. Po pewnym czasie "słyszę" skurcze - Agnieszka jest w łazience.
- Agnieszko, może chcesz, bym była z tobą? - pytam przez drzwi.
- Zostawcie mnie, chcę być sama. Ale za chwilę:
- Marcin, chodź do mnie...
Marcin znika za drzwiami. Wstawiam do sterylizacji nożyczki i tasiemki do pępowiny. Szykuję przygotowane podkłady (starą, ale czystą nie bardzo nadającą się do reperacji bieliznę pościelową), folie, pieluszki. Lada moment będą potrzebne.
- Agnieszko, słyszę skurcze parte. Może jednak spróbuję ci pomóc? - pukam w drzwi łazienki. Wychodzą obydwoje.
- Myślałam, że urodzę w łazience. Wolę jednak w pokoju. Chcę, byś była z nami. Wcześniej byliście zajęci gadaniem, mnie zostawiliście samej sobie. Czułam się z tym źle. Obraziłam się na was.
Rzeczywiście tak było. Wydawało się, że Agnieszka wyłącza się, że chce być sama ze sobą, a jednocześnie mieć nas blisko. Tymczasem... Jak trudno jest odczytać drugiego człowieka!
Jest już późny wieczór. W pokoju pali się mała nocna lampka. Cisza oczekiwania. Dziecko wychodzi powoli, spokojnie w czasie skurczów partych.
- Teraz spróbuj tylko sapać, nie popychaj już maleństwa. Pozwól mu wyjść własnymi siłami, daj mu szansę na samodzielność. Będzie to trudne, ale próbuj.
Agnieszka wspaniale współdziała z siłami natury. W ostatnim skurczu pchnęła mocno (za mocno). Główka jest już na zewnątrz. Marcin zdecydowanie oznajmia:
- To główka dziewczynki. Jest śliczna! Rzeczywiście, za kilkanaście sekund jego pewność potwierdzamy wszyscy.
- Witaj, Anielko! - Agnieszka przytula córeczkę, głaszczą ją razem ze szczęśliwym tatą, który jest dumny z faktu, że jest ojcem dwóch synów i córki.
Anielka jest nieduża. Waży około 3000 g. Po tempie rośnięcia brzucha mamy wydawało się, że będzie większa. Rozgląda się spokojnie. Początkowo nie widać oddychania - korzysta dalej z tlenu zawartego we krwi matki, pępowina tętni wyraźnie. Skóra różowa, ruchy dziecka spokojne. Głos, który wydaje nazwałabym kwileniem. Nie krzyczy. Nie ma potrzeby. Nie wciąga gwałtownie powietrza do płuc, by oddychać, by żyć. Odbywa się to spokojnie, bez pośpiechu, w rytmie właściwym dla dziecka. Nie dochodzi do zaśluzowania, gdyż w tej sytuacji dziecko powolutku, spokojnie przechodzi na nowy sposób oddychania płucnego. W tym czasie zamyka się w jego sercu ujście między przedsionkami, stara droga zostaje zamknięta.
Przy szybkim zaciśnięciu pępowiny dziecko jest automatycznie zmuszone do wykonania szybkiego, głębokiego wciągnięcia w płuca powietrza. Dochodzi wówczas często do zaśluzowania - śluz z jamy ustnej, nosa wciągany jest do dróg oddechowych. Powietrze jest suche i dziecko odczuwa ból przy jego gwałtownym wciąganiu, krzyczy więc. W szpitalu często poklepujemy je, wówczas jest oszołomione.
Nasza Anielka nie krzyczy. Jej stan jednak nie budzi najmniejszego niepokoju. Ona nie wymaga żadnych manipulacji, żadnych zabiegów resuscytacyjnych czy reanimacyjnych, nie potrzebne jest ani odśluzowanie, ani pozycja drenażowa (dla ułatwienia oddychania), ani poklepywanie.
Anielka leży na ciepłym brzuchu swojej mamy. Tu jest jej nisza ekologiczna. Jest to miejsce ciepłe, "znajome". Kochające ręce szczęśliwych rodziców otulają maleńką, dodają jej otuchy, przekazują miłość. Nawet najbardziej wprawne w sztuce położniczej ręce nie są w stanie zastąpić dotyku rąk matki i ojca. Wychodzę do mojego kierowcy (przypominam: koleżanka Agnieszki i Marcina) czekającego w kuchni, by wyłączyć gotujący się garnuszek z nożyczkami i tasiemkami do pępowiny. Po jakimś czasie wracam do młodych rodziców tylko na chwilę, by przeciąć pępowinę. "Kierowca" częstuje mnie w kuchni pachnącą kawą. Rozmawiamy półgłosem.
- Irena, chyba urodzę łożysko, odczuwam parcie - woła Agnieszka po około 20 minutach.
Oglądam dokładnie łożysko, nie mam najmniejszych wątpliwości co do jego całości. Radosne Alleluja! Poród jest za nami. W tym rodzinnym wydarzeniu był obecny Bóg żyjący w nas, w naszej radości, w naszym oddawaniu sobie siebie nawzajem.
Jak wspomniałam w poprzednich relacjach, wielokrotnie odczuwałam, że przez uczestniczenie męża w porodach domowych ubogaca się i wzrasta miłość między małżonkami. Czuję, że ja sama również otrzymuję wiele: odkrywam wciąż nowe pokłady wartości mojego zawodu, zdobywam wciąż nowe doświadczenia, uczę się spokojnej, cichej, ale coraz bardziej czujnej cierpliwości. Ponad wszystko cenię sobie fakt, że zyskuję wciąż nowych przyjaciół w ludziach, których spotykam. Czuję, że w każdej chwili mogę liczyć na ich pomoc, gdyby ona była mi kiedyś potrzebna. Może kiedyś będzie odwrotnie?
Po pierwszym moim porodzie byłam zdumiona, wręcz przestraszona faktem, że rodząca w pierwszej godzinie po porodzie przenosiła na rękach starsze dziecko idąc swobodnie przez przedpokój. Agnieszka wprawiła mnie w osłupienie, gdy pierwszy dzień po świętach dowiedziałam się, że razem z Anielką oraz oczywiście z Marcinem była na całonocnej, wielkanocnej liturgii Paschalnej. W piątej dobie po porodzie!
- Czułam, że to będzie możliwe - powiedziała. Byłam silna, nic mnie nie bolało, byłam w bardzo dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Karmiłam piersią Anielkę jak tego potrzebowała.
- Jestem dumny ze swojej wspaniałej żony. Jest taka dzielna - relacjonował Marcin.
- Bóg jest naszą mocą, na Jego mocy budujemy nasze życie - dopowiada Agnieszka.
Jagoda i Bogdan
Jadzię i Bogdana poznałam na spotkaniu z Michelem Odent - lekarzem położnikiem z Londynu, propagatorem porodów domowych i udomowionych porodów w szpitalu.
- Czy zgodziłabyś się być z nami przy narodzinach naszego dziecka w domu?
- Myślę, że jest to możliwe. Musimy jednak wcześniej poznać swoje wzajemne oczekiwania, poznać się nawzajem, by mieć do siebie zaufanie.
Jagoda jest pierwszy raz w ciąży, w nomenklaturze medycznej nie jest już młodą pierwiastką. O porodzie w domu myśleli jeszcze przed poczęciem dziecka. Na spotkanie z Michelem Odent przyszli po to, by dowiedzieć się czegoś nowego, szukać wsparcia dla swoich planów.
Umówiliśmy się na spotkanie cztery tygodnie przed terminem porodu. Spotkanie w domu. Wspaniała zapiekanka, herbata, własnoręcznie przygotowany torcik. Zabrałam ze sobą kandydatkę na położną, Justynę, która za kilka miesięcy otrzyma dyplom.
Rozmawiamy o wielu sprawach, między innymi o mieszkaniu i codziennych kłopotach, o naszym stosunku do wiary, do Boga. Rozmawiamy oczywiście o przygotowaniu do porodu, o dziecku oczekującym na przyjście w nowy świat, o ich stosunku do dziecka, o zdrowiu Jadzi, o badaniach z okresu ciąży.
Słucham pracy serca dziecka - spokojne, miarowe tętno.
Zostawiłam swoje "namiary", obrazując możliwości wpisania się w mój wolny czas.
Jadzia i Bogdan nie wyobrażają sobie, że w czasie wielu godzin porodu mogliby być rozdzieleni. Jagoda znajduje absolutne wsparcie duchowe w Bogdanie; "bez niego czułabym się jak bez tlenu potrzebnego do oddychania". "Muszę być z moją żoną i z moim dzieckiem w trudnym dla nich okresie".
Na wypadek, gdyby z jakiś powodów nie można było rodzić w domu, próbowali uzyskać zgodę na poród w szpitalu z obecnością Bogdana. Nie udało się.
W czasie ciąży Jagoda była na wielu wizytach lekarskich;
zawsze był powód do zadowolenia. Trzech lekarzy, którzy ją badali, stwierdziło prawidłowe położenie płodu, prawidłową jego wielkość, główkę ustawioną w kierunku wyjścia. Ostatnie badanie miało miejsce przed tygodniem. Mieli też wynik badania USC sprzed dwóch tygodni: płód pojedynczy w położeniu główkowym.
W dniu porodu przyjechałam do nich przed drugą w nocy. Poza Jagodą i Bogdanem zobaczyłam też Agnieszkę z maleńką Anielką.
Agnieszka była bohaterką wcześniejszej relacji. To ona była tak silna, że kilka dni po porodzie domowym razem ze swoją pięciodniową córeczką przeżyła z dziękczynieniem wielkanocną Paschę, całonocną liturgię w kościele. Oczywiście opiekował się nimi tata Marcin. Półtoraroczny Szczepcio i trzyletni Michał spali u babci na Mokotowie.
Jagoda i Bogdan byli słuchaczami i uczestnikami szkoły rodzenia, w której Marcin i Agnieszka przygotowują do porodu rodziców oczekujących na urodzenie swojego dziecka. W szko-le tej panuje atmosfera przyjaźni, zrozumienia, akceptacji. To łączy wszystkich, którzy tu spotykają się. W tym porodzie Agnieszka spełnia rolę douli - istotnego duchowego wsparcia dla rodzącej.
Skurcze co dwie - trzy minuty. Kłopoty z oddychaniem dobrze wcześniej wytrenowanym w Szkole Rodzenia. Niewielkie pogubienie się. Udało się nam wyjść na prostą. Pracujemy wspólnie nad rozładowaniem napięcia związanego ze skurczami. Słuchamy czasem pracy serca dziecka, które bardzo dobrze słychać nad spojeniem łonowym.
Nie badam; ani ja, ani Jadzia nie czujemy takiej potrzeby. Jagoda od rana ma objawy zatrucia pokarmowego: kilka razy wymiotowała, wciąż przepraszając nas, że musimy to oglądać. Wcześniej były stolce biegunkowe. Było to dodatkowym powodem, dla którego nie chciałam męczyć jej badaniem rektalnym czy wewnętrznym.
Bogdan kieruje oddychaniem swojej żony. Robi to doskonale. Jest jakby częścią pracującego organizmu Jagody. Pomagają sobie. Pracują wspólnie dla dobra dziecka.
Siedzę na fotelu i rozmawiam cichutko z Agnieszką karmiącą piersią swoją Anielkę. Skurcze nasiliły się wyraźnie. Rodząca potrzebowała mojej bliskiej obecności, dotyku rąk kierujących oddychaniem w czasie skurczu. Agnieszka przytulała córeczkę i kołysała ją delikatnie uśmiechając się do nas.
Pierwszy okres porodu trwał w sumie osiem godzin. Zaczęło się uczucie parcia. Od około 15 minut Jagoda próbuje zwalczyć to uczucie. Skurcze nasiliły się jeszcze bardziej. Badam: rozwarcie pełne, ale jakieś nierówności... Pytam spokojnie o to, kto i kiedy mówił o tym, że główka jest na dole. Jadzia powtarza, że dwaj lekarze: z przychodni i gabinetu prywatnego, tydzień temu.
Jestem niespokojna. Gonitwa myśli przy badaniu: pośladki, albo bezczaszkowiec, czyli główka dziecka bez kości czaszki. Obydwie możliwości paraliżują mój spokój. Jadzia wyczuła to:
- Czy coś jest nie w porządku?
- Nie jestem pewna czy to główka.
- To znaczy... Irena, co ty czujesz, co to znaczy?
- Musisz spokojnie urodzić. Skoncentruj się. Nie pytaj już. Pomóż dziecku.
Modlę się w ogromnym skupieniu, z głęboką wiarą: "Boże, jeśli jest to dziecko kalekie, daj rodzicom tego dziecka siłę do jego zaakceptowania, daj im siłę do przyjęcia tej wiadomości. Jeśli jednak to zdrowe dziecko i rodzi się pośladkami, wspieraj mnie, Panie. Daj mi cierpliwość, spokój, który pomoże mi w zastosowaniu właściwej sztuki położniczej.
Porozumiałam się z Agnieszką pokazując jej wzrokiem na drzwi. Agnieszka wyczuła tę potrzebę razem ze mną, zrozumiała ją i natychmiast zniknęła po samochód. Czekam więc wypełniając czas modlitewnym marzeniem, by przyjechał jak najszybciej.
Milczymy wszyscy w modlitewnym skupieniu. Powierzamy Bogu nasz niepokój.
Jagoda zmieniła pozycję. Klęczy tyłem do mnie wsparta na kolanach Bogdana siedzącego na wersalce. Rodzice są zespoleni w trudzie rodzenia. Bogdan trzyma Jagodę w ramionach. Ona nie jest sama. Tak jest jej wygodnie. Dla mnie nie jest to pozycja najlepsza pod względem "technicznym", nie jest zbyt wygodna. Jaka jest jednak moja rola? Mam im pomóc, czuwać nad ich bezpieczeństwem, być cząstką ich jedności, wpisać się sercem w ich wspaniałe, pełne skupienia i miłości przeżywanie porodu - czasu wychodzenia na świat ich dziecka w tak trudnej do rozszyfrowania sytuacji.
Moja czujność zawodowa musi być nacechowana spokojem, cierpliwą wyrozumiałością. Trudno mi spełnić te warunki w tej sytuacji. Podtrzymuję dość mocno a jednocześnie ostrożnie (a może to pośladki?) przodującą część rodzącego się dziecka. Dziecko napiera pod siłą skurczów. Rodzi się ... przez szparę sromową widzę ...
- Rodzi się chłopiec! - krzyknęłam.
- Irenka, skąd wiesz?
- Po prostu widzę. Ale teraz Jadziu bądź absolutnie skupiona. Musisz mnie słuchać. To bardzo ważne dla ciebie i dla mnie również.
Uważnie i spokojnie kieruję parciem, podtrzymując mocno rodzące się pośladki dziecka. Chodzi o to, by rodząca się na końcu główka weszła do miednicy matki w ułożeniu przygięciowym, gdyż musi urodzić się szybko i jak najmniejszym swym obwodem. Teraz nie umiem powiedzieć dokładnie jak długo to trwało. Myślę, że około 5-7 skurczów, skurczów mocnych, z krótkimi przerwami, które wystarczały na pełną regenerację sił rodzącej, dziecka i moich. Od momentu urodzenia się pośladków, do wyjścia całego dziecka czas pobiegł błyskawicznie. W następnym skurczu, przy pomocy metody Covianowa-Brachta, pomogłam urodzić się dziecku do końca. Była to swoista modyfikacja tej metody uwarunkowana pozycją moją i rodzącej. Metoda była skuteczna i dla tej pozycji. Było to dla mnie szczególnie cenne doświadczenie, aczkolwiek dla samego doświadczenia nie zdecydowałabym się na pewno na przyjęcie porodu, gdybym wcześniej wiedziała o położeniu pośladkowym.
Moje wieloletnie ubezwłasnowolnienie zleceniami i poleceniami lekarzy sprawiło, że nie byłam przygotowana psychicznie do "rozegrania" takiej sytuacji. Intuicja, wiedza, doświadczenie i spokój, jaki dała mi skupiona modlitwa, były podstawą, na której mogłam się oprzeć.
Dziecko było śliczne, różowe, tylko pośladki miało zasinione. Początkowo cicho kwiliło. Około minuty trzymałam je w rękach zawieszone w powietrzu (prześcieradło było mokre) zanim przejęła je w swoje ręce mama. Całowałam je ze szczęścia w maleńkie stopki i siną pupkę. To jest też moje dziecko!
Chłopcu nie podobała się ta pozycja. Zaczął wrzeszczeć. Jagoda obróciła się. Wzięła dziecko na brzuszek. Maleństwo uspokoiło się natychmiast.
Szczęśliwi rodzice dotykali swoje maleństwo, ono rozglądało się spokojnie otwartymi oczami. Nie upłynęło 5 minut, gdy ssało pierś matki. Nóżki mocno przywiedzione do brzuszka.
Po 20 minutach rodzi się łożysko: samoistnie, przy lekkim wypieraniu go przez Jagodę.
Dopiero teraz wróciła zdenerwowana Agnieszka oznajmiając, że "człowiek z samochodem", który miał czuwać, śpi jak kamień i nie podnosi słuchawki domofonu. Gdy zobaczyła dziecko, oczy jej "mówiły": "Bogu niech będą dzięki".
Pomagamy mamie i dziecku ułożyć się wygodnie na łóżku. Na krocze nakładam jałowy kompres z gazy. Pozostawiam Jagodę, Bogdana i ich dziecko własnej radości. Nie chcę im teraz przeszkadzać. Muszą mieć trochę czasu na intymne przeżywanie swojego szczęścia. Agnieszka zajmuje się własnym dzieckiem.
W łazience oglądam łożysko: całe, bez cienia wątpliwości. Płuczę kilkakrotnie zmoczone i zakrwawione prześcieradła. Płaczę z radości.
Mogło być źle... Dlaczego nie zbadałam jej wcześniej? Zdarzyło mi się to pierwszy raz. Nie zbadałam w czasie porodu nawet zewnętrznie. Ona wymiotowała, była osłabiona. Był też wynik USC, badał lekarz krótko przed porodem... Niemożliwe, żeby dziecko urodzone w terminie porodu, tuż przed urodzeniem dokonało obrotu z położenia główkowego na miednicowe!
Dlaczego nie zbadałam?...
Niejednokrotnie wcześniej w swojej pracy w szpitalu miałam podobne sytuacje. Nie tak dawno próbowałam kilka razy namówić lekarzy dyżurnych, by zrobili rodzącej USC, gdyż badaniem zewnętrznym wyczułam nieregularne kształty albo dużego płodu z jakimiś nieprawidłowościami (np. dużym guzem w okolicy kręgosłupa), albo zroślaki. Zbywano mnie powołując się na wcześniejsze badania USC, że nikt nic takiego nie stwierdził. Okazało się potem, że był to poród dramatyczny. Urodziły się dwa zrośnięte ze sobą płody.
Tym razem nie miałam żadnego przeczucia. Spokojnie czekałam na drugi okres porodu, gdyż pierwszy okres pod względem położniczym przebiegał prawidłowo.
Na pewno wiele razy w przyszłości będę wracała myślą do tego porodu. Oby taka sytuacja nie powtórzyła się. Uczuliła mnie ona na konieczność dokładnego badania w l okresie porodu. Zdaję sobie też sprawę, że w porodach domowych mogą być inne niespodziewane, trudne do przewidzenia sytuacje. Taki jest mój zawód.
Było szycie krocza. Pęknięcie było niewielkie, znacznie większa jest rana przy naciętym wcześniej kroczu po porodach główkowych, a szczególnie miednicowych w pozycji horyzontalnej rodzącej. Na mięśnie nałożyłam dwa szwy, na skórę trzy. Zabieg szycia trwał w sumie około 10 minut.
Może ktoś spytać dlaczego nie nacięłam krocza, przecież ułatwiłoby to poród! Zmniejszyłoby to możliwość powikłań przy rodzeniu główki!
Mówiąc w szkole o technice przyjmowania porodów miednicowych podkreślam zawsze konieczność nacięcia krocza - znam więc dokładnie i oczywiście uznaję celowość takiego postępowania.
W szpitalu w "horyzontalnej" pozycji rodzącej jest swobodny dostęp do krocza, które należy znieczulić przed nacięciem przy rodzeniu się pośladków. W tej sytuacji było to niemożliwe, gdyż nie miałam asysty, która mogłaby podać strzykawkę i środek znieczulający. Nie mogłam też podać środka silnie naskurczowo działającego na macicę po urodzeniu się pośladków co jest praktykowane w każdym szpitalnym porodzie miednicowym. Ponadto w ostatnim momencie porodu rozpoznałam przodujące pośladki i wówczas musiałam skoncentrować się na jak najdłuższym powstrzymywaniu ich przed szybkim urodzeniem się głównie ze względu na główkę, która musi urodzić się szybko, by nie uciskać długo pępowiny. Uznałam, że to było najważniej-sze.
Po stwierdzeniu ułożenia miednicowego w szpitalu szukamy wskazań do prowadzenia porodu drogami natury, tak jak w położeniu główkowym cięcia cesarskiego nie wykonuje się bez wskazań. Jest to słuszne zważywszy na możliwość powikłań przy takim porodzie. W opisywanej sytuacji jedynym wskazaniem do porodu drogami natury był brak możliwości szybkiego przewiezienia mojej rodzącej do szpitala, by tam podjęto tę decyzję. W tej sytuacji musiałam w wielkim skupieniu uruchomić swoje umiejętności, wyczucie, intuicję zawodową.
Około godziny po porodzie wspólna dziękczynna modlitwa. Pełny relaks, przeżywanie radości. Zasłużona kolacja, a właściwie śniadanie. Dziecko urodziło się o 5-tej rano. O 6-tej jesteśmy w trakcie posilania się, przyjacielskiej rozmowy. Opowiadamy sobie wzajemnie swoje odczucia. Nie były one łatwe, ale były wspaniałe. Wszystko zakończyło się szczęśliwie. Współtwórcą naszej radości był Bóg. Czuliśmy jego pomoc i opiekę. Dzięki Ci, Ojcze.
Hania i Michał
Zgłosili się telefonicznie. Są ze szkoły rodzenia na Bielanach. Chcą swoje drugie dziecko rodzić w domu. Na spotkanie w parku przyszli z dwuletnim Jasiem. Poznaliśmy wzajemne oczekiwania, wyjaśniliśmy wątpliwości. Tym razem śpieszyłam się bardzo. Nadawałam wyraźnie tempa rozmowie. Oni byli skrępowani, trochę zagubieni. Zrozumiałam to dopiero po rozstaniu. Wiedziałam, że tak być nie powinno. Postanowiłam więc spotkać się z nimi jeszcze raz w ich domu.
Często mówimy do naszych gości: "czujcie się jak w swoim domu", to znaczy swobodnie, bezpiecznie, dobrze. Jestem przekonana, że dom jest najbardziej właściwym miejscem do rozważań, do określania planów dotyczących tak ważnego wydarzenia w życiu rodziny, jakim jest rodzenie się dziecka. Tu jest spokój, odpowiedni nastrój. Na taką rozmowę położnej z rodzicami potrzeba kilka godzin, jeśli rozmowa jest jedyna przed porodem. Dopiero po niej można powiedzieć "tak" lub "nie". Odpowiedź twierdząca musi być oparta na wzajemnym dobrym poznaniu się, na wzajemnym zaufaniu. Każda taka rozmowa ma wygłuszyć wszelkie niepokoje, wątpliwości, niejas-ności rodziców, ma być dla nich nauką spokoju, cierpliwości w oczekiwaniu, uwypukleniem kształtującej się już wcześniej miłości do dziecka, które czeka na swoje urodzenie. Celem tej rozmowy jest też przyjęcie przez rodziców postawy pełnego zaufania do wiedzy i umiejętności położnej. Będzie to podstawą do spokojnego, radosnego włączenia się w przeżywanie porodu dla wszystkich, którzy będą w nim uczestniczyli. Rodzice muszą też przyjąć prawdę, że każdy poród fizjologiczny może przekształcić się w poród patologiczny. Umiejętność rozpoznania tej patologii i sposób zareagowania należy do położnej. Ona ma obowiązek dbać o bezpieczeństwo rodzącej i rodzącego się dziecka. Rodzice, którzy mają do niej zaufanie, nie będą stawiać oporu wówczas, gdy trzeba będzie zakończyć poród w szpitalu, jeśli okaże się to konieczne. Nie mogą też takiej sytuacji traktować jako "dopust boży". W szpitalu pracują bowiem dobrze przygotowani ludzie, którzy potrafią wybrać odpowiedni sposób, właściwy moment, odpowiednią metodę zakończenia porodu.
Zdaniem rodziców ta rozmowa była bardzo ważna, przekonali się bowiem, że cokolwiek by się wydarzyło, będzie to dla nich dobro.
Skurcze zaczęły się rano, były nieregularne. Michał zreferował mi to telefonicznie. Odpowiedziałam mu:
- Nie mogę wyjść z pracy! Przekonaj Hanię i dziecko, by chcieli poczekać. Zadzwoń o 16-tej. 16.05 - Michał dzwoni po raz drugi: skurcze nasiliły się, są co 7-10 minut.
- Dobrze, postaram się złapać taxi - odpowiadam krótko. Na postoju stoję prawie pół godziny, żadnej taksówki. Jadę więc autobusem do następnego postoju, może będzie szybciej? Jest jeszcze gorzej, czeka tu kilka osób. Są mistrzostwa świata w piłce nożnej, taksówkarze siedzą pewnie przed telewizorami. Przyjeżdżam prawie dwie godziny po telefonie. Hania siedzi w wannie, Michał polewa ją wodą z prysznica. Ela, ich przyjaciółka, czuwa przy drzwiach czekając na mnie. Jasio wyszedł z ciocią i jest w domu Eli. Bawi się tam z jej małą córeczką.
- Irena, jesteś! Jak dobrze! Już martwiliśmy się, że nie zdążysz. Czuję, że niedługo urodzę. Staram się pomóc dziecku - mówi Hania w przerwie po skurczu.
- Świetnie, ja tobie pomogę.
Głaszczę ją po głowie jak małą dziewczynkę. To dodaje jej otuchy. Gest ten tak drobny jest przecież nagrodą za jej starania, jest wyrażeniem troski, akceptacji, miłości. Szybko zmieniam sukienkę, przecież muszę wrócić do domu w suchej odzieży.
Badam Hanię: jeszcze trochę cierpliwości, już niedługo. Jest dobrze: rozwarcie jest duże, około 7 cm, pęcherz płodowy zachowany, główka prawidłowo wstawiona do kanału rodnego. Słucham pracy serca dziecka. Skurcze nasilają się. Pojawia się uczucie parcia.
- Poczekajmy jeszcze trochę, spróbuj Haniu jakiś czas zwalczyć to uczucie,
Skurcze są jednak mocne, mocne jest uczucie parcia. Michał jest niezbędny. Bez niego Hania pogubiłaby się.
- Haniu oddychaj spokojnie. Robisz to za szybko. Wyhamuj tempo. Rozluźnij się, ja pomasuję ci krzyż.
Całuje swoją ukochaną żonę, trzyma jej rękę. Dodaje jej sił, docenia jej wielogodzinny wysiłek, by sprostać zadaniu urodze-nia ich dziecka. Są w absolutnej jedności uczuć, planów, jedności przeżywania tej ważnej chwili w ich życiu. Woda leje się ciepłym, rozproszonym strumieniem na plecy lub brzuch Hani, która zmienia wciąż pozycję: w czasie skurczu w pozycji klęczącej oparta jest na desce owiniętej ręcznikiem (deska oparta o wannę), w czasie przerwy odwraca się, odpoczywa radośnie uśmiechnięta. Ile cudownej macierzyńskiej miłości jest w jej oczach! Czy można nie kochać takiej kobiety, takiej żony, która potrafi przekazywać swoją miłość tak dziecku, jak i mężowi stojącemu tuż, będącemu dla niej wsparciem duchowym, fizycznym. Ta więź pomiędzy nimi zacieśnia się, ubogaca, wzrasta. A mnie? Mnie dane jest współuczestniczyć w ich szczęściu! Położna to najwspanialszy zawód na świecie!
Gdzie się podziała moja postawa kierownicza, nadzorcza, którą jako położna prezentuję na sali porodowej w szpitalu? Tu jestem sobą, skromnym pomocnikiem, cichym dozorcą, czujnym kotem, zaworem bezpieczeństwa, opiekunem, matką, a w ostatnim etapie porodu troskliwym, wyrozumiałym szefem. Ta rola bardzo przylega do mojej osobowości; nie lubię być na scenie, nie lubię pchać się w tłum ludzi, z których każdy chce być słyszany, chce być ważny, chce być dysponentem, decydentem, chce kierować innymi. W porodzie domowym sama odpowiadam za to co robię, zatem w mojej postawie w tym czasie musi być znacznie więcej czujnej odpowiedzialności. Jest to duży stres. Nie działa on jednak destruktywnie; czyni mnie bardziej świadomą tego, co dzieje się w danej chwili.
Skurcze nieco osłabły. Dość często zdarza się to na początku II okresu porodu, okresu wypierania. Jest to czas dany kobiecie przez naturę do odnowy sił, do zaczerpnięcia oddechu przed tym końcowym wysiłkiem potrzebnym do wyłonienia się dziecka na zewnątrz. Matka musi mu pomóc, zatem musi mieć do tego nową siłę, nową energię. Czas ten nie trwa długo.
Skurcze nasilają się. Hania znów przybiera pozycję klęczącą, opiera się o swoją podpórkę. Zaczyna się praca. Główka centymetr po centymetrze coraz bardziej rozpycha swoje wyjście. Ciepła woda i mój lekki masaż uelastyczniają tkanki krocza, które z łatwością poddają się napinaniu.
Przy pierwszym porodzie Hania była nacinana, blizna jest dobrze widoczna. Muszę uważać, by nie doszło do pęknięcia.
- Haniu, nie pchaj tak mocno, zmniejsz wysiłek. Teraz jeszcze raz. Teraz dobrze... Połowa potylicy jest już na zewnątrz.
- Teraz w czasie skurczu oddychaj krótko, nie napinaj się, nie wypychaj dziecka, ono samo teraz świetnie sobie poradzi. Sama siła skurczu wystarczy.
Podtrzymuję główkę. Główka spokojnie i powoli wysuwa się. Widzimy z Michałem długie, czarne włosy i piękną buźkę maluszka (lub maluszki). Michał jest bardzo wzruszony.
- Haniu, główeczka już się urodziła. Widzę ją, jest cudowna! Rodzą się barki, ramionka razem z piąstką przyciśniętą do szyi. Wyplusnęła jak rybka, jest już cała. Skóra różowa i ciepła. Dziewczyneczka. Hania obraca się, bierze ją w dłonie, przesuwa ją na swój brzuch, na piersi. Michał poprawia pozycję żonie. Zostawiam ich własnej radości. Teraz powinni być razem i sami. Mogę teraz czuwać w przedpokoju. Ela stoi za drzwiami i płacze z radości. Ona też półtora roku temu rodziła swoją córeczkę w domu. Pamięta z autopsji to uczucie radości, dumy, wyzwolenia. Jej łzy są zaraźliwe. Mnie również oczy lekko się spociły. Opowiadamy sobie wrażenia. Ela zazdrości mi mojego zawodu. Jestem dumna, że zostałam położną. Po około 5 minutach Michał woła nas:
- Weźcie naszą córeczkę. Ja pomogę Hani. Zacisnęliśmy pępowinę. Michał przeciął ją, ja zabezpieczyłam kikut pępowiny. Przeniósł Hanię jak piórko do pokoju na łóżko.
"Piórko" przytulone do męża.
- Dajcie mi moje maleństwo. Ono bardzo chce ssać. Mała chwyta brodawkę, ssie bardzo głośno i z wielką wprawą, jakby robiła to już setki razy. Patrzy na mamę i tatę pochylonego nad nią.
- Nasza córeczka jest silna i śliczna - chwali się Michał.
A zwracając się do mnie:
- To było niepowtarzalne i nieporównywalne z niczym. Mimo, że byłem zdecydowany w swojej desperacji pozostać sam z Hanią, gdybyś nie zdążyła dojechać, to poczułem się pewnie i dobrze dopiero wówczas, gdy zobaczyłem cię w drzwiach naszego domu. Jeśli Bóg obdarzy nas jeszcze następnym dzieckiem, będziemy modlić się, byś mogła być z nami przy jego porodzie. Jesteś wspaniała. Byłaś naszym spokojem, naszym aniołem stróżem, jesteśmy ci bardzo wdzięczni.
Tak więc mam zapewnioną pracę. Na szczupłym rynku pracy jest to obecnie takie ważne! Jesteś wspaniała...
Nie wstydzę się umieszczać w relacjach tak sformułowanych ocen mojej pracy, mojej postawy. Każdy potrzebuje akceptacji szczególnie wtedy, gdy stara się bardzo. A ja staram się. Pracuję z pełnym oddaniem, realizuję w stu procentach swoje powołanie życiowe, powołanie zawodowe. Czy mam się tego wstydzić?
Po około 30 minutach namówiłam Hanię do urodzenia dawno odklejonego łożyska. Łożysko całe, błony również. Oglądam krocze. Trzeba założyć "zetkę" - podwójny szew na śluzówkę pochwy. Trwa to krótką chwilę.
Hania jest zachwycona. Wspomina poprzedni poród:
- To niebo i ziemia. Ten poród to wspaniała przygoda, choć nie bez wysiłku, nie bez trudu i bólu zmęczonych mięśni. Wtedy po porodzie byłam bezsilna, bezwolna, cierpiąca, ubezwłasnowolniona. Szycie krocza trwało długo i było bolesne. Synka pokazali mi tylko przez dwie sekundy. Błagałam, by położono mi go na brzuch. Niestety, woda w uszach. Po jakimś czasie przyniesiono zawiniątko, z którego widać było buźkę maluszka. Przeczytałam tasiemkę - musiałam uwierzyć, że to moje dziecko. Przejęta swoją pracą uczennica pozwoliła mi na krótko przytulić go. Do karmienia dostałam go po 12 godzinach. Jak ja za nim tęskniłam! Ale nie wolno było mnie, matce, dać jej własnego dziecka! Podobno musieliśmy odpoczywać obydwoje. Ale dlaczego oddzieleni od siebie?
To pytanie adresowane jest do nas, fachowych pracowników oddziałów położniczych, noworodkowych, sal porodowych. Każdy z nas stara się pracować dobrze. Czy jednak zawsze płynie z tego dobro dla naszych podopiecznych?
Beata i Piotr
Na seminarium w Wesołej poznałam dużo nowych ludzi: położne, lekarzy, a wreszcie wiele par rodzicielskich, młodych ludzi oczekujących na urodzenie swojego dziecka. Beata i Piotr są jedną z sześciu par, z którymi wstępnie umówiłam się na "zabezpieczenie" ich porodu w domu.
W wyznaczonym dniu pojechałam do nich na "rozmowę kwalifikacyjną": wstępne rozpoznanie sytuacji położniczej, oce-nę psychicznego przygotowania młodych rodziców do porodu w domu, a wreszcie na przyjacielską pogawędkę. Przywitali mnie bardzo serdecznie:
- Czekaliśmy na ciebie, by wspólnie zjeść obiad. Jedziesz prosto z pracy, na pewno jesteś głodna. Bardzo cieszymy się, że przyjechałaś, że znalazłaś dla nas czas.
Smakowite zapachy, ładnie nakryty stół. Wspaniały żółty ser udający kotlet, młode ziemniaki posypane zieleniną, sałatka.
- Taki zestaw przygotowaliśmy na wypadek, gdybyś była wegetarianką.
Podziwiam ludzi, którzy żyją tym stylem życia. Sama jestem zwyczajnym zjadaczem mięsa zwierzęcego. Kotlet jednak był bardzo smaczny. Korzystając z przepisu Beaty wprowadziłam go do domowego menu.
Beata po studiach nie podjęła pracy, jest psychologiem. Piotr jest asystentem na uczelni, którą ukończył 2 lata temu.
- Chcieliśmy, by nasze dziecko urodziło się w spokoju, ciszy, by nikt go nam nie odbierał, nie wkładał w schematy postę-powania medycznego, w tryby obróbki technicyzacji medycz-nej - stwierdza Piotr.
- A ja nie wyobrażam sobie, bym mogła rodzić nasze dziecko sama wśród obcych ludzi. Nie lubię być przedmiotem, obiektem badań. Rodzić w szpitalu powinny te kobiety, które ze względu na powikłania ciąży czy porodu muszą być objęte specjalną opieką lekarzy specjalistów i położnych przygotowanych do pracy w szpitalu. Jestem zdrowa. Chcę też, by Piotr był obecny przy narodzinach naszego dziecka. On jest jego ojcem. Mimo, że kocham bardzo swoich rodziców. Piotr jest jedyną osobą, która ma wyłączne prawo do współuczestniczenia w moim wysiłku w czasie rodzenia się naszego dziecka. W naszych szpitalach nie ma takiej możliwości. Wyjątkiem jest szpital bielański, ale to nie mój rejon, poza tym nawet osoby, które mają zgodę na
"wspólne rodzenie" często nie są tam wpuszczane. Drugi szpital, gdzie akceptuje się wspólne (przez obydwoje rodziców) rodzenie, to szpital resortowy MSW, a tu nie mamy uprawnień. Uczestnictwo w seminarium w Wesołej, a wcześniej spotkania z Michelem Odent, potwierdziły tylko nasze wcześniejsze plany porodu w domu. (Obecnie sytuacja zmieniła się, przyp. autora).
Oglądam wyniki badań, kartę ciążową. Zbieram dane do wywiadu położniczego, ginekologicznego, ogólnego. Badam usytuowanie dziecka w macicy (od porodu Jagody wolę nie ufać w tej kwestii lekarzom), słucham pracy serca dziecka.
Daję im swoje "namiary". Trudno jest mnie uchwycić: praca na półtora etatu, Szkoła Rodzenia poza Warszawą, praca społeczna, spotkania w mojej grupie neokatechumenalnej oraz w Poradni Przedmałżeńskiej, moja mała grządka, wreszcie czas dla mojej rodziny. Brakuje mi tylko czasu dla siebie.
- Jeśli chcecie, bym była z wami, namówcie dziecko, by wybrało na urodzenie się mój wolny czas.
Chcieli bardzo. Na drugi dzień Piotr informuje mnie telefonicznie, że prawdopodobnie sączą się wody płodowe. Mimo, że umówiłam się na rozmowę z następną parą rodzicielską, jadę najpierw do Beaty. Teraz jest sucho. Dziecko jest spokojne, chociaż czasami daje dość mocno znaki, że trochę za ciasno mu w jego tymczasowym pomieszczeniu. To był fałszywy alarm. Jadę więc do Anina na umówione spotkanie z Renatą i Piotrem.
Te dwie pary rodziców są podobne do siebie: są młodzi, samodzielni, niezależni od rodziców, pogodni, radośni, zjednoczeni w swoich planach, w dążeniu do ich realizacji, ale nie za wszelką cenę! Podoba mi się taka postawa w małżeństwie, i jedni i drudzy oczekują na swoje pierwsze dziecko. Rozmowa jest dość typowa, chociaż każda z nich jest inna, gdyż rozmawiam z innymi ludźmi. To tylko ja jestem ta sama: kontrolująca sytuację, czujna, chyba rzeczowa i dociekliwa w swoich pyta-niach. Staram się jednak nie kierować rozmową automatycznie, schematycznie, jak na przykład robi to położna czy lekarz w Izbie Przyjęć w szpitalu. Poza tym rozmowa jest w tonie przyjacielskim, trochę towarzyskim. Taki styl czy nastrój sprzyja prawidłowym interakcjom w godzinach porodu. Ponieważ relację przepisuję miesiąc później, chcę uzupełnić informację: Renata urodziła w szpitalu. Poród był wywołany kroplówką z oksytocyny dwa tygodnie po terminie.
Od Piotra i Renaty, z Anina, wracam znów do Piotra i Beaty. W domu zastaję ojca Piotra - mężczyzna pewnie tylko kilka lat starszy ode mnie:
- Ufam moim dzieciom, wierzę, że ich wybór jest słuszny i dobry dla nich. Ale czy dobry dla tego, który się urodzi, dla mojego pierwszego wnuka? - pyta z niepokojem. Mówi o obawach swojej żony i lękach drugich "dziadków" - rodziców Beaty.
Rozumiem ich doskonale. Moje pierwsze wnuczątko też wkrótce urodzi się. Znam to uczucie z autopsji - uczucie troski, niepokoju, obawy - jak te moje dzieci poradzą sobie w tak ważnym wydarzeniu ich życia? Wiem, że są dorośli, mają prawo podejmować własne decyzje na własną odpowiedzialność, na własne ryzyko. Nie przestałam jednak być matką, a miłość macierzyńska jest przede wszystkim opiekuńcza, pełna gestu wyciągniętych ramion gotowych do pomocy. A oni chcą być samodzielni w swoich decyzjach, nawet gdyby wiedzieli, że mogą utonąć, wskoczą w wodę razem, będą ratować się wzajemnie z topieli i raczej utoną razem (co nie daj Boże) niż daliby się wyręczać z podejmowanych decyzji. Trzeba umieć pogodzić się z samodzielnością swoich dorosłych dzieci. Kiedyś sami każdą ingerencję rodziców, nawet tę wypływającą z racjonalnych pobudek, traktowaliśmy jak zamach na naszą jedność, na naszą samodzielność. Najlepiej jednak te uczucia oddaje jedna z fraszek J. Sztaudyngera:
Doświadczenie - ten dar nieba,
Masz, gdy go ci już nie trzeba.
Tak, dorosłe dzieci nie chcą korzystać z doświadczeń swoich rodziców. Musimy pogodzić się z tym. Bardzo mocno przeżyłam więc rozmowę z ojcem Piotra. Jednak, ponieważ nie ma żadnych zdrowotnych przeciwwskazań, dla dobra młodych rodziców wszyscy musimy podporządkować się ich umotywowanej chęci do spokojnego rodzenia ich dziecka w domu. Takie były ostatecznie nasze wspólne postanowienia.
Dość długo obserwowałam to podejrzenie odpływania wód płodowych - od godziny około jedenastej do 22.00 wkładka była sucha. Zatem wszystko było w porządku. Trzeba czekać. Jak długo? Może kilka, może kilkanaście godzin, a może kilka dni...
Wyszłam od nich późno. Piotr odprowadził mnie na przy-stanek. W ostatniej chwili zdążyłam na swój ostatni autobus do domu. Wróciłam o północy. O 2.30 dzwonek. Przed furtką stoi ojciec Piotra. Czuję się całkowicie wyspana, natychmiast obu-dziły się wszystkie komórki mojego ciała.
- Skurcze rozpoczęły się. Czekamy wszyscy na panią - ojciec Piotra uśmiecha się przyjaźnie (zgodził się!). Zbieram się szybko.
W drodze kontynuujemy rozpoczętą wczoraj rozmowę. Ciąg dalszy nastąpi po spotkaniu pozostałej trójki rodziców, których w pełnym komplecie zastajemy w domu. Atmosfera jest ciężka od niepokojów rodziców. Piotr i Beata chcą być sami. Jak to powiedzieć rodzicom, by nie obrazili się, by nie zrobić im przykrości? Jest to trudne zadanie.
Dochodzi 6.00, czas wybierać się do pracy. Ja mam wolny dzień. Zostajemy sami. Badam: dopiero 2 cm rozwarcia, wyczuwam pęcherz płodowy, szyjka macicy gruba, miękka, przylegająca do główki dziecka, główka przyparta mocno do wchodu miednicy w prawidłowym ułożeniu. Dotychczas skurcze były nieregularne, o zmiennym napięciu macicy. Beata była spięta, zestresowana. Proponuję jej relaks w łóżku po ciepłym prysznicu. Chętnie korzysta z propozycji.
Drzemanie przerywają skurcze, jest to jednak relaks, jest cisza, spokój. Piotr czuwa z czułością przy żonie, głaszcze, pocieszając swoje dziecko:
- Już niedługo mój maleńki, bądź dzielny, jestem przy tobie, nie bój się, każdy z nas musiał się urodzić...
"Siedzę w pokoju obok. Te pełne miłości słowa ojca do dziecka również i mnie dają ukojenie. Odpoczywam, udało mi się nawet zdrzemnąć. Piotr krząta się po kuchni... przygotował śniadanie. Spałam ponad godzinę.
We trójkę jemy śniadanie. Słuchamy muzyki, przyjemne tony fagotu, piosenki oazowe o treści religijnej w wykonaniu małej grupy młodych sympatycznych głosów. Pijemy z Piotrem aromatyczną kawę, Beata soczek. Ostatnie zdjęcie młodej matki z dzieckiem w brzuszku, filiżanka z sokiem postawiona na spodeczku na dnie macicy jak na stoliczku. Zabawny i wzruszający widok. Tylko patrzeć, jak dziecko gwałtownym ruchem zrzuci ją ze swoich pośladków. Tak się nie stało. Widocznie maluszek wyczuł sytuację, chce mieć pamiątkowe zdjęcie swojej subordynacji względem rodziców jeszcze przed swoim narodzeniem - dobry wynik ich oddziaływań wychowawczych.
Mama Beaty wpada na godzinkę z zakupami.
Jak długo to może potrwać? Czy mąż musi siedzieć w samochodzie pod blokiem? Czy w razie potrzeby Beatka zdąży dojechać do szpitala?
Mnóstwo pytań zatroskanej matki. Kochana mama. Taka delikatna w przekazywaniu swoich uczuć. Taktownie, szybko i cichutko wychodzi. Słuchamy muzyki. Beatka krąży po pokoju uśmiechnięta, odprężona, skupiona.
Jemy obiad przygotowany częściowo przez mamę Beaty, "dokończony" przez Piotra. Beatka skubie jak małe ptaszę. Twierdzi, że maluszek ma mało miejsca i nie może uciskać go przepełnionym żołądkiem. Słusznie.
Przed szesnastą pojawiają się znów w komplecie rodzice Beaty i Piotra. Uszczęśliwiliśmy ich koncertem pracy serca dziecka przez UDT-kę. Rodzice są pogodni, sympatyczni, ale wciąż pełni niepokoju: to już 12 godzin!
Według mojej oceny pierwsza część pierwszego okresu porodu trwa sześć godzin, wcześniej skurcze były słabe, nie były też regularne, co jest cechą prawidłowych skurczy porodowych. Nie znajdowałam w tej sytuacji żadnej patologii. Byłam więc spokojna.
Obserwując (mimowolnie) rodziców - "dziadków" we włas-nym sercu mam różne odczucia: z jednej strony podzielam ich zatroskanie o dorosłe dzieci, o mającego urodzić się wnuka, z drugiej strony doskonale zdaję sobie sprawę, że wyczuwalny nastrój niepokoju jest powodem stresu porodowego, który przeżywa Beatka. Zarówno nadopiekuńczość w domu, jak też brak opieki i akceptacji w szpitalu daje ten sam efekt: zagubienie, ucieczkę w ból, pogubienie się rodzącej w swojej sytuacji, w odczuwaniu pozytywnych zachowań matki na rzecz rodzące-go się dziecka. Trzeba więc taktownie i stanowczo przerwać tę sytuację. Robi to Piotr, on jest głową domu. Może to nieładnie, ale oddychamy z ulgą po ich wyjściu.
Skurcze po około 30 minutach wyraźnie nasiliły się. Dochodzi 18.00. Badam: rozwarcie 3-4 cm. Dopiero tyle! Szyjka jest jednak zgładzona, miękka, łatwo poddaje się rozciąganiu. Główka obniżyła się (ustalona we wchodzie). Stan dziecka dobry. Teraz Beata najchętniej przebywa w łazience, nie pozwala zapalać światła. Siedzimy tu we trójkę. Na każdą moją próbę wyjścia Beata reaguje błaganiem, bym nie odchodziła. Mam uczucie, jakbym zabierała Piotrowi wyłączność przebywania z Beatą. Piotr jednak w pełni akceptuje tę sytuację:
- Jeśli tak jest dobrze Beatce, proszę, bądź z nami cały czas.
Czas płynie bardzo powoli. Skurcze są intensywne. Beata wstaje, łapie mnie za szyję, wiesza się na mnie, opiera głowę o moje ramiona, piersi. Wpieram nogi mocno w podłogę, by zdołać udźwignąć opierający się o mnie ciężar mojej rodzącej. Kołyszemy się obydwie. W przerwach między skurczami Beata siada na wersalce, w czasie skurczu wraca do łazienki, do ciemności.
Znów skurcz - Beata znów zwisa na mojej szyi. Przytulam ją do siebie! Piotr masuje żonie kręgosłup. Kołysanie i akceptacja zachowań Beaty działają na nią uspokajająco. To jest bardzo ważne - ona musi spokojnie rodzić dziecko, musi czuć się bezpiecznie.
Rytm pracy serca dziecka uspokaja nas wszystkich. Podtrzymywanie ciężaru Beaty w czasie skurczu bardzo mnie męczy, mój kręgosłup daje znać o sobie. Piotr zastępuje mnie. Trwa to tylko trzy skurcze, po czym Beata zdecydowanie mówi:
- Przepraszam cię Piotrze, ale łatwiej mi z Ireną, a ty też nie odchodź ani na minutkę, bądź ze mną.
Około 21.00 badam: 6-7 cm, główka obniża się.
- Jest bardzo dobrze, poród postępuje naprzód, dziecko jest duże, musimy być cierpliwi, ono rodzi się dłużej, ale jak dotychczas nie daje nam powodów do niepokoju. Musimy wspomagać je swoją cierpliwością.
Beatka znów przebywa w łazience. Są tam obydwoje z Piotrem. Korzystam z tego, kładę się na wersalce. Muszę odpocząć. To potrwa jeszcze około 3-5 godzin w zależności od siły i efektywności skurczy macicy. Drzemałam ponad godzinę. Piotr zbudził mnie:
- Irenko, Beatka zaczyna odczuwać parcie.
Po zbadaniu stwierdzam, że nie wolno jeszcze przeć: Szyjka macicy przylega luźno do główki dziecka, rozwarcie 8-9 cm. Przeć jeszcze nie wolno. Mogłaby pęknąć szyjka macicy. Beata siada przed Piotrem na wersalce. Dobra relaksowa pozycja na ten okres porodu. Rodząca jest wyraźnie zmęczona, wyczerpana. Tuż przed północą jest wreszcie całe rozwarcie. Zaczyna się praca.
- Beatko, poddaj się siłom natury. Zachowuj się zgodnie z wyczuwaną przez ciebie potrzebą.
Rodząca wstaje, siada, klęka, opiera się na mężu, wciąż przybiera nowe pozycje. Jest niespokojna.
- Beatko, skoncentruj się, to trwa już prawie dobę, a teraz potrwa około godziny, jeśli ty skoncentrujesz się na porodzie. Nie myśl o zmęczeniu. My też jesteśmy zmęczeni, a trwamy z tobą. Pomóżmy dziecku. Posłuchajmy co ono ma nam do powiedzenia.
Miarowy rytm pracy serca dziecka dodaje nam wszystkim sił, jest nową mocą napędową. Beatka w nowej i ostatecznej pozycji: klęcząc przy wersalce tyłem do mnie wtula się w siedzącego przed nią Piotra, obejmuje go ramionami w pasie lub zarzuca mu ręce na szyję i wypiera dziecko.
Pomagam Piotrowi w uzyskaniu dobrego oparcia. To też jest ważne w tej chwili. Piotr uśmiechem wyraża mi swoją wdzięczność. Spokojnie kieruję parciem. Nie narzucam jednak ani swojej woli, ani nie przyspieszam tempa. Robię to zgodnie z falą kolejnych skurczy.
W podstawionym lustrze pokazuję Piotrowi rodzącą się główkę dziecka, jest szczęśliwy.
- Beatko, już duża część główki dziecka jest na zewnątrz!
- Naprawdę? - Beatka nie wierzy. Kieruję jej własne palce na główkę.
- Rzeczywiście! Mój maleńki, zaraz wyjdziesz do nas
Odsunęłam lustro. Krocze napina się coraz mocniej. Główka dziecka jest duża. Podejmuję decyzję: muszę naciąć krocze! jest to trudna decyzja, gdyż nie mam nożyczek dostosowanych do tego celu. Moje małe nożyczki proste w kształcie, nadają się tylko do nacięcia pionowego.
Na sympozjum Sekcji Psychosomatycznej Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego w Katowicach (maj 1989 r. z udziałem międzynarodowym), w którym uczestniczyłam, prof. dr hab. n. med. A. Cekański przedstawił walory takiej techniki nacięcia. Mówił też o niebezpieczeństwach związanych z tą metodą. Zdanie to potwierdził pan profesor Z. Słomko z Akademii Medycznej w Poznaniu.
Słowa ich echem powróciły do mnie w tym ważnym momencie. Przez sekundę "zobaczyłam" anatomiczną budowę mięśni dna miednicy. Podjęłam decyzję i chroniąc przed urazem główkę dziecka jednocześnie dokonałam w czasie skurczu episiotomii (nacięcia krocza). Zrobiłam to pierwszy raz w porodzie domowym, a tą techniką pierwszy raz w życiu. Byłam wewnętrznie przekonana, że była to jedyna słuszna decyzja, byłam zatem spokojna.
Dziecko rodziło się wręcz majestatycznie: powolutku, spokojnie wyłaniało się z ciasnego miejsca. Wzięłam je pod paszki. Chłopczyk! Godzina 1.00. Beatka jak błyskawica obróciła się, przytula dziecko do siebie. Ledwo zdążyłam podłożyć pod krocze jałowy kompres (taki gotowy z apteki).
Byliśmy jedną bryłą radości. Radość nasza i sposób jej wyrażania były spontaniczne.
- Irena, jesteś cudowna, bez ciebie byłoby to wszystko niemożliwe - Beatka jedną ręką obejmuje mnie (drugą przytrzymuje dziecko). Piotr płacze ze szczęścia, całując żonę.
- Nie chwal dnia przed zachodem słońca, a położnej przed końcem porodu. Nacięłam cię, będzie szycie. Poza tym jeszcze łożysko...
- Kiedy mnie nacięłaś? Chyba żartujesz.
- To prawda. Musiałam to zrobić.
- Wierzę ci, ale ja tego nie czułam!
- Byłabym złą położną, gdybyś to czuła. Tymczasem nie myśl o tym. Zajmujcie się dzieckiem i swoją radością, swoim szczęściem.
Wyszłam do kuchni. Musiałam rozćwiczyć mocno zmęczone mięśnie, popłakać z radości. Po kilku minutach wracam do pokoju. Dziecko wtulone w swoją mamę posapywało przy pierwszej próbie ssania.
- Olbrzymi jest wasz synek. Pewnie waży 4 kg! Pępowina już słabo tętni. Zaciskam ją z dwu stron, tata odcina pępowinę.
- Teraz już nie będziesz tylko z mamą. Teraz i ja mogę ci pomagać. To był pierwszy dowód mojej pomocy - przemawia tata do syna.
Pomagam Beatce przenieść się z dzieckiem na łóżko do małego pokoju. Sprzątam pokój po porodzie. Piotr ma zadzwonić do rodziców, pewnie przyjdą, musi być porządek. Beatka jeszcze jakiś czas chce być tylko z Piotrem i swoim dzieckiem. Czuję to. Wychodzę do łazienki. Spłukałam tam podkłady, wzięłam ciepły prysznic, umyłam się, potem zimny prysznic. Wyszłam odświeżona, rześka.
Teraz Piotr poszedł do telefonu. Pomagam Beatce umyć ręce, nogi, pośladki, uczesać się, pomagam ułożyć się wygodnie. Myję maluszkowi buzię, zawijam w czyste pieluszki, piękny becik z malutkiego kocyka w kolorowej poszewce obszytej koronką. Mama i maluszek są gotowi na ewentualne odwiedziny dziadków i babć. Malec przyssał się ponownie mocno do piersi. Ssie głośno połykając siarę. Otwarte oczy rozglądają się wokół spokojnie, rzeczowo lustrując otoczenie.
Ten widok jest tak radosny, taki piękny, że obydwie babcie i obydwaj dziadziusiowie pieją wręcz z radości, wycierają oczy, nosy, ściskają się, gratulują sobie nawzajem.
Obserwuję ukradkiem tę scenę z balkonu. Zaczyna szarzeć niebo, wstaje nowy dzień. Wyszłam tu, by wyśpiewać moją radość i dziękczynienie Bogu za jego pomoc, za opatrznościową, ojcowską opiekę. Schowałam się tam, by nie przeszkadzać, by nie hamować swoją obecnością reakcji tych ludzi, którzy chcą być ze sobą w swoim szczęściu.
- A gdzie jest pani Irena?
Balkonik jest mały, nie mogę tam dobrze schować się, choć mam takie pragnienie.
- Pani Ireno, czemu pani chowa się? Mamy ochotę uściskać panią. Wyszłam, otworzyłam szeroko ramiona:
- Proszę bardzo...
Wszystkie stresy, cały niepokój rodziców zniknął bez śladu. Była w nich tylko otwarta dla wszystkich miłość i radość, była też wdzięczność dla mnie. Byty też słowa: "przepraszamy za wcześniejszy brak zaufania".
Czułam to dobrze i bez słów. Dla mnie ważne było to, co czuliśmy aktualnie. Po chwili zaczął się nowy niepokój:
- Jesteś nacięta? Skąd teraz sprowadzić chirurga? Może jednak trzeba jechać do szpitala? Odpowiedziałam głośno na te nowe wątpliwości:
- Zostawcie to państwo nam. My to załatwimy. Chcemy, byście mogli pospać choć trochę przed pójściem do pracy, spać radośnie i spokojnie. Zostało niewiele czasu. Mam jeszcze trochę pracy z szyciem, a muszę iść do pracy, chociaż dopiero na dziesiątą. Nie śpię już drugą noc, też chciałabym zregenerować swoje siły.
Uśmiech ulgi na twarzach rodziców. Życzliwa akceptacja mojej postawy. Szybkie pożegnanie.
Szycie krocza było łatwe, znacznie wygodniejsze niż przy bocznym nacięciu. Oczywiście zgodnie z zasadą szycia krocza blisko odbytu, po zabiegu sprawdziłam, że wszystko jest w porządku.
Spałam cztery godziny snem sprawiedliwego. Rano stwierdziłam, że sukienka moja nie nadaje się do wyjścia. Jest mocno sfatygowana po całej dobie ciągłego używania. Za oknem upał. Ubrałam się więc w letnią sukienkę Beaty. Mama Beaty, która odprasowała mi sukienkę, zrobiła śniadanie razem ze swoją młodszą córką. Zjedliśmy wspólnie. Byliśmy odprężeni, wypoczęci. Należało teraz wykąpać noworodka. Piotr chciał to zrobić sam w mojej obecności. Początkowo malec był trochę napięty, ale uspokoił się, rozluźnił w wodzie. Był zadowolony do czasu, kiedy trzeba było wyjąć go z wody. Żal ukoił dopiero przy piersi mamy. Tu jest mu najlepiej, blisko serca mamy, którego bicie słuchał długo przed urodzeniem. Tu jest ciepło i bezpiecznie.
Wnuczątko
- Mamo, od wczoraj jesteś Babcią! - usłyszałam dziewięć miesięcy temu.
Sądzę, że nie ma na świecie takiej drugiej babci, która wiedziałaby tak wcześnie o rzeczywistym zaistnieniu swojego wnuczątka. Może jest to przesada, może jest jeszcze kilka
takich...
Zwykle babcie dowiadują się o tak doniosłym fakcie bądź po wizycie u ginekologa w 6 lub 8 tygodniu, bądź dopiero wówczas, gdy wnuczek urósł w brzuszku swojej mamy tak, że trudno go nie zauważyć pod wypukłością wypchniętej do przodu sukienki,
Jestem dumna, szczęśliwa, a jednocześnie też wdzięczna , moim dorosłym dzieciom za tak wielkie zaufanie oraz za to, że mogłam razem z nimi od początku cieszyć się istnieniem tej ; małej, kochanej istotki,
Zatem babcią zostałam 9 miesięcy przed jego urodzeniem się. Chwaliłam się tym faktem osobom bliskim, znajomym. Najczęściej odpowiadano mi: "dopiero jak zobaczysz wnuczka, tzn. jak , on się urodzi, będziesz babcią". Pytałam więc: czyje serce bije w łonie Eli, mojej córki? czyje ruchy czuję tam własną ręką? - "przecież to dziecko moich dzieci, więc moje wnuczątko". Co to za dziecko - pytano mnie znowu. Bardzo denerwowały mnie i takie postawy.
Poczęcie może zaistnieć tylko w dniu jajeczkowania. Czy
można je odczytać, poznać ten dzień? Oczywiście!
Absolutnie nie mogę zrozumieć, dlaczego tak trudno jest przekonać lekarzy położników o potrzebie liczenia czasu trwania ciąży właśnie od tego dnia, jeśli kobieta zna swój cykl płodności, jeśli zna datę poczęcia. Termin porodu powinien być obliczany od dnia jajeczkowania. Zmniejszyłaby się wówczas ilość porodów indukowanych z powodu "przeterminowania", a w związku z tym zmniejszyłaby się ilość porodów zabiegowych i związa-nych z nimi powikłań.
Moje dzieci zaplanowały czas poczęcia, zaprosiły swoje dziecko do życia poprzez świadomy wybór.
Wyposażenie genetyczne otrzymane w chwili poczęcia stanowi niepowtarzalną indywidualność genetyczną nowej istoty ludzkiej. Moment poczęcia nazywany bywa więc narodzinami komórkowymi.
Od chwili poczęcia rozpoczyna się specyficznie ludzki rozwój tworząc całość zjawisk psychicznych i cielesnych oraz ciągłość rozwoju człowieka poprzez fazę prenatalną, poród (wejście w nowy świat), okres noworodkowy, stopniowe dojrzewanie (wiek dziecięcy, młodzieńczy), okres dojrzałości aż do starości i śmierci.
Nie ma struktury bez funkcji - głosi zasada Blechschmidta. W 13 dniu życia płodowego stwierdza się zaczątki układu nerwowego, w 20 dniu formuje się mózg, od 21 dnia zaczyna swą pracę serce. Zatem fakty te są potwierdzeniem tego, że ludzkie życie rozpoczyna się w momencie poczęcia.
Miałam więc prawo do przeżywania mojej nowej sytuacji społecznej i rodzinnej te dziewięć miesięcy wcześniej. Powoli przyzwyczajałam się, wyobrażałam sobie siebie z małym dzieciątkiem, które będę kołysała, przytulała, gdy jego rodzice powierzą go mojej opiece, kiedy będą chcieli gdzieś wyjść bez dziecka.
Razem z Elą ćwiczyłam swoją sprawność w Szkole Rodzenia na zajęciach gimnastycznych dla mateczek noszących w swych łonach dzieci. Czułam lub widziałam ruchy maleństwa, jego "podskoki" w macicy, słuchaliśmy często koncertu pracy jego maleńkiego serduszka. Razem z Elą, Rafałem i moim mężem przeżywaliśmy radośnie okres jego rozwoju prenatalnego.
Nadchodził czas jego narodzin. Nie pojechałam na planowany kilkudniowy pobyt na Mazury, bo Ela nie czuła się najlepiej. Były upalne dni, miała trochę obrzęków, bała się dalekiej podróży. Nie chciałam jechać bez niej. Chciałam być razem z nią. Ona też mnie potrzebowała dla zachowania swojego spokoju.
- Mama pojedzie, a co ja zrobię, jak dziecko zacznie się rodzić?
Mój urlop kończył się. Koleżanki w pracy gorąco doradzały mi abym "dokoptowała" drugą położną.
- Nawet chirurg nie chce wykonać operacji osobie bliskiej bojąc się własnych emocji. W przypadku jakiejś trudności stracisz głowę - słyszałam wielokrotnie.
Bałam się własnych reakcji. Bałam się, że nie podołam wielorakiej roli, jaka mnie czeka na czas tak ważny w moim życiu, w mojej rodzinie: roli położnej, roli matki, roli przyjaciela (również wspomagającego), a wreszcie roli babci. Tej ostatniej miałam doświadczyć po raz pierwszy w życiu.
W miarę zbliżania się porodu odczuwałam coraz większe wyciszenie wewnętrzne, coraz większą koncentrację, większy spokój.
We wtorek wieczorem Ela powiedziała mi, że odczuwa coraz mocniej skurcze macicy. Pojawiły się już wcześniej, ale nie były tak bolesne. Czułam, że zaschło mi w gardle.
W nocy spałam z przerwami. Rano jednak nikt nie dawał sygnału od moich dzieci. Pomyślałam, że może wszystko się uspokoiło. Zaczęłam codzienne porządki w domu, gdy rowerem przyjechał Rafał, starszy syn, ojciec mojego wnuczątka i z wyrzutem spytał, dlaczego do tej pory nie przyszłam do nich. Zapytałam naiwnie;
- A co się stało?
- Nasze dziecko się rodzi! Ela ma częste i bolesne skurcze. Mama jest nam bardzo potrzebna.
Pozbierałam się natychmiast. Za dwie minuty jechaliśmy rowerami do Eli.
Skurcze były co 4-5 minut. Oni byli razem, wspomagali się w trudnych chwilach. Pojechałam dwukołowym pojazdem do brata i powiedziałam, by był w domu gotowy do drogi, gdyby okazało się to potrzebne. A tu niespodzianka! Samochód niesprawny. Pojechałam więc do siostry, do znajomych. Pech
- nie było sprawnego samochodu. Umówiłam się z sąsiadem
- miał być dopiero od 19-tej. Trudno.
Wracam z nadzieją, by do tego czasu nic się nie wydarzyło. Moje ogromne zawierzenie Bogu, siłom natury daje mi głęboki spokój, wyciszenie. Te uczucia przykrywają mój lęk, moje obawy. Tak żarliwie modliłam się o taki właśnie nastrój. Bóg wysłuchał mnie, jest ze mną. To daje mi poczucie bezpieczeńst-wa. Ela jest niespokojna, Rafał również.
- Mamo, prawie godzinę nie było cię z nami! Dlaczego nas zostawiłaś, wiesz, że musisz być z nami, że bez ciebie czujemy się niepewnie. Nie wychodź więcej!
Nie powiedziałam im, że nie ma samochodu. Kupiłam w aptece dwie ampułki Papaveriny i paczkę Scopolanu w czopkach. Może będą potrzebne?
Do tej pory nie stosowałam w domu żadnych środków przeciwbólowych. Tym razem pewnie się złamię - tak myślałam.
Skurcze były coraz mocniejsze, częstsze. Moje obawy okazały się rzeczywistością, gdy około 9-tej Ela błagała mnie:
- Mamo, zrób coś, pomóż mi, ja już nie wytrzymuję tego bólu. Mówiłaś zawsze o skurczach porodowych, a to są bóle porodowe ... Mamo, wymyśl coś, pomóż mi ...
Dałam trzy czopki, które Ela założyła sobie sama, wstrzyknęłam domięśniowo 2 ampułki Papaveriny. Dobra byłaby odświeżająca kąpiel, ale nie mają wanny. Zrobili sobie tylko brodzik i prysznic. Ela nie miała ochoty na prysznic.
Nie wiem jak mam okazać, że kocham ją w tym cierpieniu. Rafał patrzy współczująco w oczy Eli, przytula ją, wspiera duchowo i fizycznie. Jest taki opiekuńczy, czuły, troskliwy, wyrozumiały. Jestem dumna z mojego syna, z jego postawy. Sama również próbuję swoim zachowaniem dodać otuchy im obojgu, a również i maleńkiemu rodzącemu się dziecku poprzez dotyk moich rąk, przez dobre bioprądy, które starałam się przekazać mu śpiewając w sercu o mojej miłości.
Serduszko dziecka pracowało równo, miarowo. Sprawdzałam to wiele razy. Ten znany rytm brzmiał jak najpiękniejsza melodia, melodia, która działa kojąco. Jednocześnie w tle słychać było spokojną muzykę z taśmy magnetofonowej. Muzykę, której lubiła słuchać Ela przez cały czas stanu błogosławionego. Zatem i maluszek lubił tę melodię.
Papaverina i czopki nie zmniejszyły odczuć bólowych, ale ułatwiły rozwieranie szyjki macicy. Przed 21.00 pojawiły się skurcze parte. Po kilkunastu minutach sprawdziłam badaniem wewnętrznym, że jest pełne rozwarcie. Można spokojnie pomóc dziecku w wynurzaniu się w nowe środowisko, w wychodzeniu na nowy nieznany świat.
Ani my, ani dziecko nie spieszyliśmy się bardzo. Trwało to godzinę. Był wysiłek, praca Eli, wspieranie duchowe i fizyczne Rafała, moja obecność i spokojne, a jednocześnie pełne emocji oczekiwanie, współpraca z Elą w wypieraniu.
Maluszek rodził się spokojnie, bez pośpiechu. Główka urodziła się. Na szyjce dziecka pępowina, z łatwością dała się zsunąć, poluzować. Teraz rodzą się barki, tułów.
- Chłopczyk! Witaj! Kochamy cię malutki, jesteś z nami, jesteśmy z tobą! - "krzyknęłam" szeptem i całym sercem.
Rafał drżącymi rękami pomaga przesunąć maleństwo na brzuch mamy. Ela próbuje go dotykać z jakimś oporem, lękiem?...
Rafał ma łzy w oczach. Wyszeptał do swojego synka:
- Jaki jesteś śliczny! Wiedziałem, że taki jesteś! Ela odpowiedziała jak echo: - Rafał, popatrz, ma ciemne
włoski. Mamo, a czemu on tak krzyczy? Ela jest bardzo zmęczona i wciąż niespokojna. Odpowiedziałam więc:
- Pewnie poddusił się lekko tą pępowinką, może bał się, że się udusi. Musi odreagować. Poza tym ty też jesteś jeszcze niespokojna, a on reaguje tak jak i ty.
Całowałam go w piętki, które wystawały spod pieluszki. Byłam szczęśliwa. Oni również przeżywali swoje szczęście. Dziękowaliśmy sobie wzajemnie za trwanie ze sobą, za czujność i czułość, za miłość. Pępowina tętniła mocno. Zacisnęłam ją po około 10 minutach, kiedy dziecko uspokoiło się, kiedy zaczęło otwierać oczka - takie piękne ... To są oczy mojego wnuczątka!
Isia i Tadeusz
Byli jedną z par oczekujących na urodzenie swojego dziecka, którą poznałam na seminarium zorganizowanym przez Stowarzyszenie na Rzecz Naturalnego Rodzenia i Karmienia. Nawiązali też kontakt z lekarzem położnikiem snującym plany utworzenia domu porodowego do porodów naturalnych.
Isia i Tadeusz marzyli jednak, by ich dziecko urodziło się we własnym domu, pomimo że byli w trakcie remontu. Ze względu na brak "gotówki" remont ten planowo miał trwać długo, zatem dziecko musiało przyzwyczaić się do tego.
Mimo trwających prac remontowych mieszkanie było całkowicie przygotowane dla lokatora, który dotychczas zajmował wspólną powierzchnię mieszkalną ze swoją mamą. Niedługo miał zająć własną powierzchnię. Czekało na niego łóżeczko oraz stolik z kompletem ubranek, pieluszek, nawet zabawek.
Warunkiem mojej obecności z nimi było nienałożenie się czasu rodzenia mojego wnusia: Ela, moja córka, miała urodzić pomiędzy 28 sierpnia, a 1 września. Może urodzić kilka dni wcześniej lub później. Maluszek Isi i Tadeusza miał urodzić się 26 sierpnia. Liczyli, że nie będzie kolizji obydwu terminów. Niedługo po spotkaniu w Wesołej miały rozpocząć się wakacje. Trafiła mi się bardzo kusząca propozycja.
- Jedź z nami na Mazury, weź ze sobą męża, wypoczniecie po całorocznej pracy. Przy okazji i my będziemy mogli odpocząć nad jeziorem spokojni na wypadek, gdyby naszemu maluszkowi przyszło do głowy urodzić się tam. Mogą też jechać Ela z Rafałem.
Pomysł i propozycje były bardzo kuszące, ale nierealne. Ela nie czuła się dobrze bez swojego męża, a on nie mógł wyjechać razem z nami. Z kolei ja sama też nie chciałam jej pozostawić, moją powinnością było zapewnić jej komfort wspólnego z nią oczekiwania.
Mój wnusio urodził się we środę przed północą. Do swojego domu wróciłam we czwartek późnym popołudniem. W nocy spałam z przerwami wciąż na nowo przeżywając te ważne, trudne i wspaniałe chwile w naszym rodzinnym życiu.
O czwartej rano obudził mnie dzwonek: przyjechano po mnie, bo Isia ma skurcze. Z żalem spojrzałam na łóżko, szybko jednak pozbierałam się: jej dziecko poczekało aż będę wolna, zatem Tadeusz zdołał namówić do tego swoje maleństwo, a ja nie mogę go zawieść.
- Skurcze zaczęły się 12 godzin temu, byty rzadkie, teraz występują co 5-10-15 minut, czyli są nieregularne. Isia odczuwała je jako silne, była zmęczona całonocnym czuwaniem:
- Czuję, że jakoś dziwnie dziecko napiera do dołu. Spytałam czy jest to uczucie parcia (chyba niemożliwe?).
- Nie, chyba dziecko zeszło niżej....
Wynik badania potwierdził moje przypuszczenia: główka przyparta do wchodu miednicy, szyjka dająca się jeszcze zbadać od strony kości krzyżowej, rozwarcie zaledwie na opuszkę palca, no, może 1 centymetr. Pęcherz płodowy zachowany.
- Dopiero tyle, a ja myślałam, że zaraz po twoim przyjściu będę rodzić... - Isia była bardzo rozczarowana, chyba nawet nie bardzo wierzyła, że tak mały był efekt nocnych skurczów.
- To ile jeszcze czasu przewidujesz do końca porodu? - spytał rzeczowo Tadeusz.
- Nie chcę bawić się w proroka, gdyż na razie skurcze są zbyt słabe, by można było podać przybliżony czas porodu. Poobserwujemy siłę i czas ich trwania. Są jeszcze dwie możliwości: skurcze mogą zupełnie uspokoić się i powtórzyć za kilka, kilkanaście godzin lub nawet kilka dni bądź też rozwinąć się w skurcze porodowe. Sądzę, że druga wersja jest bardziej prawdopodobna. Jeśli tak, musicie być przygotowani na jeszcze kilkanaście godzin, może krócej jeśli skurcze będą wyraźnie mocniejsze. Spróbuj Isiu wykorzystać ten czas niezbyt intensywnych skurczy na odpoczynek.
- Wolałabym urodzić, a nie spać... - Isia była wyraźnie zniechęcona.
- Przecież te skurcze są takie silne, bolesne i tak niewiele zmieniają rozwarcie... - Isia próbowała szukać wsparcia i akceptacji przytulając się do Tadeusza, pytający wzrok skierowała na mnie.
- No właśnie, niewiele zmieniają rozwarcie, gdyż są za słabe w swej mocy, są więc nieefektywne. Odczuwasz je jako silne i bolesne, gdyż jesteś zmęczona, nie spałaś całą noc, ponadto nastawiłaś się na szybkie urodzenie. Musisz rozłożyć swoje nadwątlone siły jeszcze na wiele godzin. Taka rzeczywistość jest trudna do zaakceptowania, jednak jest to konieczne. Uwierz w siebie, Tadeusz pomoże ci odzyskać wiarę we własne
siły. Jakby na potwierdzenie mojego wywodu Tadeusz spytał
kierując się zdecydowanie do kuchni:
- Jakie macie życzenia co do śniadania? Musimy zdrowo posilić się, skoro tyle godzin przed nami. W tym domu jedzenie jest bardzo ważną częścią życia. Kochamy jeść, gdyż organizm wymaga zasilenia energetycznego.
Kilkanaście minut później jedliśmy chrupiące, pachnące zapiekanki, różnorakie owoce. Po raz pierwszy piłam tak wspaniałą herbatę - "mieszanka porodowa" jak ją nazwał Tadeusz - specjalny zestaw na czas porodu. Próbowałam później "wejść" swoimi mieszankami w ten smak. Nigdy mi się to nie udało. Czas płynął bardzo wolno. Skurcze nie zmieniały się w mojej ocenie były słabe. Zaproponowałam im spacer po świeżym powietrzu. Isia przyjęła moją propozycję z radością, ale też i z obawą:
- Jak mam się zachować w parku w czasie skurczu? Podczas ich długiej nieobecności sama odpoczywam. Mój organizm pracuje na zwolnionych obrotach: zmęczenie po przeżyciach rodzinnych wciąż daje znać o sobie. Martwiłam się ogromnym zmęczeniem Eli, która od urodzenia Szczepcia, mojego wnusia, nie spała dobrze ani jednej godziny. Nie udało się nam (mnie i Rafałowi) namówić ją do spokojnego snu: wciąż czuwa, budzi ją każdy szelest, budzi ją nawet cisza. Z jednej strony rozkwitający instynkt macierzyński, a z drugiej wyczuwalna niechęć do nowej sytuacji niewyspania i narastającego zmęczenia: miłość i radość oraz brak możliwości spokojnego snu i zniechęcenie. Z ogromną troską spostrzegamy te ścierające się w niej uczucia i nie bardzo udaje się nam pomóc jej w tej trudnej sytuacji.
Czy mogę narzucać się ze swoją pomocą? Często sama chęć pomocy matki jest odczytywana jako nadopiekuńczość, jest też w ogóle nie akceptowana przez młode małżeństwa. Znam te oceny z mojej zawodowej obecności z młodymi ludźmi. Zawsze chcą być sami, chcą nawet być zmęczeni, ale na własny rachunek. Nie wiem, czy jest jakieś rozsądne rozwiązanie. Wciąż nie wiem, czy dobrze, że nie proponuję im wyraźnie swojej pomocy. Może oni wyjątkowo mają żal, że nie jestem z nimi, że wyjechałam sobie z domu?
Jest to dla mnie ciągły dylemat. Jak trudno jest być babcią;
ciągnie mnie do cudownego wnusia. Hamulcem są inne potrzeby dorosłych dzieci, a jego rodziców.
Patrzyłam w okno wciąż na nowo rozważając własne problemy. Byłam w domu innych ludzi, może powinnam napisać - obcych ludzi. Nie byłaby to jednak prawda jeśli wziąć pod uwagę, że byli mi bliscy w swojej potrzebie przebywania ze mną. Muszę pozostać tu jeszcze wiele godzin, mimo że pragnęłabym być już w domu.
Myśli moje wciąż krążyły wokół tego tematu, ale jestem dziś dla Isi i Tadeusza. Postaram się by nie odczuli mojego rozdwojenia.
Tadeusz, dobrze zbudowany, wysoki mężczyzna. Jego charakter i sposób bycia są niezupełnie wprost proporcjonalne do jego budowy i wyglądu: mocny, zdecydowany, konkretny, a jednocześnie nadzwyczaj delikatny, czuły, troskliwy, posiadający duże wyczucie nastroju Isi i reagujący na nie tak miękko i naturalnie.
Isia, pogodna, uśmiechnięta, chociaż dzisiaj trochę zagubiona, może nastraszona nową sytuacją i jednocześnie taka ufna, spokojna.
Dzisiaj nastrój i potrzeby Isi są najważniejsze. Tadeusz trafnie je wyczuwa i reaguje na nie.
- Wiesz Irenko, zmęczyłam się już trochę tym spacerem, chociaż było bardzo przyjemnie. Skurcze coraz bardziej wydłużają się, przeszkadzały mi w tej formie relaksu. Chcę już pozostać w domu - Isia wtula się w ramiona swojego męża.
- Wiesz jak mój Paszczak jest dzielny? - wzrokiem szukającym potwierdzenia pyta Tadeusz. Odpowiadam z całym przekonaniem:
- Z takim filarem życiowym jak ty, góry można przenosić. Isia doskonale wie o tym i na pewno mając w tobie mocne oparcie może być taka dzielna.
W przerwach między skurczami odpoczywali w pokoju, a tymczasem ja w kuchni zaczęłam spisywać swoje wrażenia z porodu mojego wnuczątka wciąż na nowo przeżywając te ważne dla mnie chwile.
Godziny upływały. Czułam, że Isia jest napięta, że nie może poradzić sobie z natrętną myślą: "żeby to już się skończyło!" Z drugiej strony wielokrotnie zwracała się do swojego dziecka z wielką troską o jego sytuację, tłumacząc mu, że rozumie jego obawy przed wyjściem na świat. Próbowała też wytłumaczyć mu jak bardzo chciałaby go zobaczyć.
Skurcze jednak nadal były słabe, rytm pracy serca dziecka mógł świadczyć o tym, że wcale nie spieszno mu pokazać się swoim rodzicom. Postanowiłam zostawić ich zupełnie samych sobie. Może Isia odblokuje się, może odpocznie beze mnie. Zadzwoniłam do Bożenki, która spodziewała się właśnie czwartego dziecka. Z trójki jej dzieci dwoje młodszych ma skazę białkową. Martwi się więc o to kolejne. Ucieszyła się bardzo, że mogę przyjechać do niej na pogawędkę. Miałam wątpliwości, czy powinna tak dużo jeździć samochodem sama go prowadząc. Nie byłoby jednak możliwe zorganizowanie jej życia domowego bez samochodu: dzieci usadzała na tylnym siedzeniu, robiła zakupy, załatwiała wiele spraw domowych i administracyjnych.
W pół godziny po telefonie jechałyśmy do jej domu - czwarte jej dziecko, przez brzuch swojej mamy, dotykało niemalże kierownicy. Pogawędka z Bożenką była dla nas obydwu odprężeniem psychicznym: ona rozproszyła swoje wątpliwości, ja natomiast oderwałam się od swoich problemów. Cały czas jednak myślałam o Isi. Zadzwoniłam więc po godzinie. Tadeusz poinformował mnie, że skurcze wyraźnie nasiliły się już od momentu, kiedy zdecydowałam głośno, że wychodzę. Isia nie mówiła mi o tym, gdyż nie była pewna tej zmiany. Obecnie skurcze nadal są częste, mocne.
- Gdybyś mogła, przyjedź, czekamy na ciebie, wolimy być z tobą.
Boźenka mogła zostawić tym razem swoje dzieci z ciocią, a sama odwiozła mnie tam, skąd zabrała.
Isia przywitała mnie ze skargą, wyrzutem a jednocześnie z radością:
- Po twoim wyjeździe cały czas bałam się, że nie zdążysz wrócić na czas, że bez ciebie może wydarzyć się coś, z czym nie poradzilibyśmy sobie. Skurcze są teraz takie silne... Widzisz, jak długo trwają?
Kolejny skurcz udowodnił prawdziwość odczuć Isi - był długi. Macica mocno napięta, "krzyż" dokuczał coraz mocniej. Isia była niespokojna, prawie rozdrażniona, to nocne niewyspanie dawało się we znaki.
- Isiu, skurcze rzeczywiście są silne, zatem i odczuwalność ich jest większa. Na pewno są to wreszcie skurcze porodowe. Rozwarcie zacznie się zwiększać. Spróbujmy odszukać wspólnie dogodny dla ciebie sposób oddychania. Musimy doprowadzić do wyeliminowania twoich złych emocji, nadmiernego napięcia. Jest to potrzebne również twojemu dziecku. Teraz całą uwagę skoncentruj właśnie na nim. Musimy dobrze rozłożyć twoje siły na dalsze godziny porodu. Wreszcie zaczął się poród. Może rodzi się chłopiec, który doszedł już do wniosku, że czas podjąć męską decyzję wyjścia na ten świat. Może rodzi się dziewczynka i tak długo nie mogła zdecydować się na wyjście ze względu na przyrodzoną płci pięknej wstydliwość?
Po zbadaniu okazało się, że są dwa, może trzy centymetry rozwarcia, Isia liczyła, że minęła doba trwania porodu (od pierwszych skurczy). Nie zgadzało się to z moim wyliczaniem czasu trwania porodu, gdyż skurcze porodowe (regularne, przynajmniej co 5-7 minut, dające postęp porodu) rozpoczęły się od 2-3 godzin. Byłam spokojna, że postęp porodu był prawidłowy.
Zmęczenie Isi narastało, chociaż widoczne było również uczucie wyzwolenia z marazmu skurczy przepowiadających. Cieszyła się, że szyjka rozwiera się, że są oczekiwane przez nas wszystkich zmiany, że jej zmęczenie też jest efektywne. Pomyślałam, że dobrze zrobiłaby jej ciepła woda:
- Isiu, może wejdziesz do wanny? Odpoczniesz, nabierzesz nowych sił?
Bardzo chętnie, od dawna mam na to ochotę.
Byłam pewna, że odpoczynek, spokojny relaks uaktywnią czynność skurczową.
Długo moczyła się w wodzie. Siedzieli razem w łazience. Tadeusz asekurował swoją żonę, pilnował stałej temperatury wody. Wreszcie zwrócił się do mnie:
- Irena, czy nie uważasz, że mój Paszczak rozpuści się w tej wodzie?
Odpowiedziałam:
- Czuję, że podjąłeś słuszną decyzję wynurzenia się z łazienki. Głosuję za tym pomysłem.
Potem znów krążenie po pokoju. Trwało to może godzinę. Skurcze nadal były częste ale krótsze. W moich wyliczeniach poród trwał szóstą godzinę. Isia coraz częściej odpoczywała, kładła się.
- Irena, tak mi się marzy krótki sen, odpoczynek. Dokucza mi bardzo kręgosłup. Mniej mnie jednak boli, gdy go Tadzio masuje.
W kolejnym badaniu stwierdziłam, że jest 5 cm rozwarcia. Wody sączyły się od 30 minut. Serce dziecka pracowało bez zarzutu. Patrzyli na mnie wzrokiem dopominającym się o konkrety. Powiedziałam więc:
- Są dwie alternatywne możliwości: albo odpoczynek i wówczas skurcze będą "relaksowe", wydłużające czas trwania porodu sądzę, że na dalsze 6-7 godzin, albo aktywny marsz, uruchomienie się i skrócenie w ten sposób czasu porodu.
Wybrali "relaksowe" przeżywanie jeszcze kilku godzin porodu. Pomyślałam, że natura wie co robi. Muszą być jakieś jej naturalne przesłanki, których ja nie potrafię odczytać.
- Skoro wybieracie odpoczynek, pozwólcie, że również pośpię nieco. Będę z wami, ale obok. Proszę nie krępować się przerwaniem mi drzemki, gdyby cokolwiek was niepokoiło.
Tadeusz rozłożył mi łóżko polowe z kompletem pachnącej pościeli w przestronnej, ładnie urządzonej kuchni. Jeszcze jakiś czas oglądałam część programu rozrywkowego w telewizji, potem położyłam się. Moja drzemka, jak zwykle w podobnych sytuacjach, była przerywana czuwaniem: czy wszystko jest w porządku? Mój siódmy zmysł (zawodowy) podpowiadał mi, że mogę być spokojna.
Obudziłam się z głębokiego snu. Spojrzałam na zegarek: piąta, sobota... Wstałam, złożyłam łóżko polowe. Czułam, że czas podjąć konkretną decyzję. Wieloletni kiedyś trening w czuwaniu na nocnych dyżurach sprawił, że chociaż niewyspana, byłam zregenerowana.
Isia klęczy na brzegu materaca. Tadeusz cierpliwie masuje "krzyże" swojemu Paszczakowi.
- Maleńka, wszystko w porządku. Wytrzymaj jeszcze trochę. Ja wierzę w ciebie. Ty jesteś mocna.
Ona uśmiechała się ciepło, z wdzięcznością. Spytałam, jak odczuwają skurcze, jak je określają. Tadeusz (widać, że on na jakiś czas przejął sterowanie porodem) odpowiedział zdecydowanie:
- Od godziny są mocne jak diabli, dopiekają ostro. Myślę, że popchnęły sprawę do przodu.
Widać natura i jego wyposażyła w siódmy zmysł, gdyż po zbadaniu pół godziny później okazało się, że jest 9 cm. Isia nie odczuwała jeszcze parcia. Główka była w próżni kanału rodnego. Wkładka lekko wilgotna, czysta. Zaproponowałam więc:
- Isiu, weź krótki prysznic i odśwież się. Wytęż wszystkie swoje moce, zbierz cały zapas energii i intensywnie pochodź po mieszkaniu.
Posłusznie zastosowali się do mojej propozycji. Minęła godzina, a skurcze od pół godziny były znów coraz krótsze. Pomyślałam, że jeśli teraz poród będzie się przedłużał w czasie, wyczerpią się znów siły rodzącej co w konsekwencji nie będzie dobre ani dla niej, ani dla jej dziecka.
Postanowiłam pierwszy raz w porodzie domowym podać pół tabletki Sandoportu (leku wzmacniającego) zwiększającego napięcie macicy. Przedtem sprawdziłam badaniem, że są pełne warunki do parcia, które nie pojawiało się. Ułożenie główki prawidłowe. Potem podałam jeszcze dwukrotnie po pół tabletki tego samego leku. Drugi okres trwał prawie godzinę.
Do parcia Isia wybrała, bez żadnych sugestii, pozycję stojącą.
Tak było jej najwygodniej, mniej bolała kość krzyżowa. Tadeusz podtrzymywał ją mocno w każdym skurczu:
- Ależ ty masz siłę, kobieto. Skąd masz tyle energii po tylu godzinach zmęczenia, niewyspania - pytał podziwiając swoją żonę.
- Dzięki tobie - Isia wtulała się w swoją ogromną podporę
życiową. W kolejnym skurczu partym poczułam, że główka zaczyna
wychodzić na zewnątrz. Bałam się, że w tej pozycji mogę nie zabezpieczyć dobrze momentu rodzenia się maluszka. Na ostatni więc etap porodu poprosiłam Isię, by chociaż przykucnęła. Teraz i Tadeusz był napięty, jego emocje wyraźnie narastały:
- Jak to, już można zobaczyć główkę?
Podsunęłam przygotowane wcześniej lusterko, ustawiłam je
pod odpowiednim kątem.
- Paszczak, to niesamowite, ja widzę kawałek główki. Ona
zaraz urodzi się!
Na twarzy Isi pojawiła się tęcza uczuć: zdziwienie, radość,
wyzwolenie, miłość, oczekiwanie... Po pięciu skurczach partych źrenice jej poszerzyły się wyraźnie:
- Czuję, że główka już się urodziła! Na szyjce dziecka pępowina. Na szczęście luźno przylega. Zastanawiałam się wiele razy nad tą pępowiną. Zaobserwowałam, że fakt ten wiąże się z dłuższym czasem trwania porodu, w czasie którego skurcze są o mniejszej częstotliwości. Czyżby natura próbowała w ten sposób wspomagać dziecko? W czasie prawidłowego skurczu dochodzi do fizjologicznego niedokrwienia, które wyrównuje się już pod koniec skurczu. Jeśli dziecko wykonało wcześniej w łonie swej mamy dużo ćwiczeń ekwilibrystycznych, to pookręcało się własną pępowiną. W czasie porodu, przy kolejnych skurczach pępowina napinając się na szyjce dziecko "poddusza" je dodatkowo. W tej sytuacji częste skurcze mogłyby doprowadzić do narastającego niedotlenienia. Czyżby to kolejny dowód na mądrość natury? Wreszcie "na czworakach" - jak tę pozycję określiła sama, Isia
urodziła śliczną, małą panieneczkę. W mgnieniu oka obróciła się, by przyjąć swoje maleństwo na ciepły brzuch, gdzie leżało kołysane oddechem zmęczonej mamy.
Tata płakał wcale nie wstydząc się własnych łez, których wielkość była proporcjonalna do wzrostu:
- Popatrz Irena, jakie to cudowne, fascynujące! Nie wiecie jaki jestem szczęśliwy! Mieć takie dwie kobiety w domu!
Gest radosnego przytulenia mnie także nie ominął. Bałam się trochę o całość moich kości. Uścisk był mocny, a jednocześnie delikatny. Ten wielkolud drżał z radości! Mała królewna Ania, jak ją nazwali rodzice, pełzała po brzuchu mamy, podpierając się piętami o duże dłonie swojego ojca. Głowę podnosiła wysoko, obracała nią na prawo i na lewo, rozglądała się.
- Jaka jesteś wspaniała, jaka dzielna, śliczna, jakie masz piękne oczy - zachwycali się rodzice.
- Popatrz, tu jest twój tata, a to twoja mama...
- O, jak bardzo się cieszę. Irena, ja myślałam, że będę rodzić jeszcze kilka godzin. Prawie nie czułam wysiłku przy parciu. Ty wstałaś, kazałaś wziąć się do pracy, kazałaś urodzić, to ja urodziłam!
- Przesadzasz Isiu. Był już czas na urodzenie. Wiesz, jesteś piękna w tym swoim radosnym zdziwieniu.
Cieszyłam się razem z nimi. Zaczęłam namawiać Tadeusza, by skierował uwagę swojego maleństwa na dobrodziejstwa górnej partii ciała mamy. Zrobił to w dość charakterystyczny sposób:
- No, mała, pełzaj do cyca. Tam jest twoje królestwo. Polecenie było wykonane za kilka sekund. Oczy Isi powiększyły się dwukrotnie ze zdziwienia:
- Ona ciągnie... to nawet boli... hej, córeczko, uważaj... Pępowina była coraz mniej napięta. Zacisnęłam ją w dwu miejscach. Mimo, iż odległość między tasiemkami była duża, tata trzymający dzielnie nożyczki do przecięcia pępowiny miał ogromne trudności z wybraniem miejsca. Ręka drżała mu z nadmiaru wrażeń. Pomogłam mu wybrać odpowiednie miejsce i spokojnie przytrzymałam jego dłonie, wspomagając go w tak doniosłej chwili odcięcia córki od dotychczasowego jedynego źródła życia - od mamy. Poszłam do łazienki, by tam wypłakać się z radości. Czy to normalne, że zawsze reaguję tak jak młodzi rodzice? Sądzę, że mam w tym momencie udział w ich jedności i to wyrażają moje emocje.
Około 20 minut po urodzeniu się Ani Isia krzyknęła:
- Irena, łożysko "wystrzeliło!".
Było całe. Pół godziny później niewielkie, krótko trwające szycie w niezbyt wygodnych warunkach. Potem śniadanie przyrządzone przez Tadeusza, wyśmienita "herbata porodowa". Telefon do mamy - babci, która przejęta za kilkanaście minut przybiegła, by przytulić córkę i wnusię, by dziękować mnie i Tadeuszowi. Mama miała być tylko chwilę. Była posłuszna umowie. Wreszcie wspaniały koncert A-mol Bacha na akordeonie w wirtuozowskim wykonaniu szczęśliwego taty: - To dla moich dwu wspaniałych kobiet z wdzięczności za jedyne w swoim rodzaju chwile w moim życiu. To również i dla ciebie, Ireno. Gdyby nie ty, nie byłoby możliwe takie przeżywanie...
"Gdyby nie ty, nie świeciłyby gwiazdy na niebie, gdyby nie ty, nie pachniałyby kwiaty na łące..."
Gałczyński pisząc te strofy nawet nie wie, jak bardzo one przylegają do naszych wspólnych przeżyć.
Adam i Ewa
Do ich domu przywiózł mnie dziadek rodzącego się maluszka. Wyczuwało się w nim napięcie i niepokój oczekiwania:
- Sądzi pani, że to dobry pomysł z tym rodzeniem w domu?
- A pan gdzie się urodził?
- W domu, ale był to czas wojny... Ojciec był żołnierzem. Moja mama była sama, poradziła sobie jednak...
Ja też urodziłam się w czasie wojny, w mroźny, styczniowy dzień siedem tygodni przed oczekiwanym dniem porodu. Trudne warunki materialne, psychologiczne, lęk przed tym co będzie jutro. Urodziłam się mała, chuda - wcześniak cały w błonach płodowych "w czepku urodzona". Teraz też noszę czepek na głowie tylko nie z błon płodowych, a czepek biały z czerwonym paskiem - symbol mojego zawodu. Plastyczne opowiadania moich rodziców pomagają mi "przypomnieć" sobie czas mojego narodzenia.
Po urodzeniu się leżę na mojej mamie, poszukuję podtykanej mi pod nos brodawki. Tatuś mój pomaga mi w tych poszukiwaniach... Byłam wcześniakiem i w tych tak ekstremalnie trudnych warunkach rodzice mnie jednak wychowali. Pewnie to jest jedno ze źródeł, z którego wciąż czerpię swój spokój zawodowy. Rozumiem jednak niepokój dziadka mającego się narodzić dziecka Adama i Ewy. Ten dziadek jest pewnie moim rówieśnikiem...
Ewa i Adam przywitali mnie z czułą radością. Bardzo cieszy mnie fakt takiej spontanicznej otwartości na moje pojawienie się w "domu porodowym". Wiem, że powinnam być wtedy opoką, na której można się oprzeć, a ona się nie zachwieje. Jest to szczególny charyzmat. Czuję, że Bóg, dobry Ojciec jest wtedy w moim działaniu, w moim czuwaniu i oczekiwaniu. To dodaje mi sił. Czasami w chwilach zwątpienia (czy na pewno powinnam być przy kolejnym porodzie w domu), kiedy udaje mi się uzyskać w modlitwie wewnętrzne uciszenie, to zwątpienie odpływa ode mnie, jest poza mną.
Ewa szybko wstała z łóżka tłumacząc mi, że bała się chodzić, by nie przyspieszać akcji porodowej. Adam relacjonuje, że skurcze zaczęły się w nocy. Były silne ale nieregularne, co 15-20 minut. Częstsze skurcze są od 3-4 godzin.
Zbadałam Ewę i jej dzieciątko. Rozwarcie 5 cm. Główka nisko w kanale rodnym, prawidłowo ułożona. Serce dziecka pracuje równo, spokojnie. Powiedziałam więc:
- Dziecko jest spokojne. Wy też postarajcie się być spokojni. Odprężcie się, gdyż potrzebuje ono waszej akceptacji.
Kiedy młody dziadek żegnał się z nami, zapewnił nas o pełnej gotowości własnej i własnego samochodu (do szpitala są trzy przystanki tramwajowe).
Ewa nie miała już ochoty na odpoczywanie w łóżku. Była aktywna: chodziła, pilnowała z Adamem oddychania w czasie skurczu, tłumacząc dziecku, że pomagają mu w ten sposób najlepiej jak potrafią. To ich pierwsze, tak bardzo oczekiwane,
dziecko.
Adam i Ewa - każde z nich inne a jednocześnie stanowią
całość, jedność. Ona gotowa do dzielenia się z nim całym dobrem, które w niej tkwi, on nastawiony wewnętrznie na odbiór tego co daje mu jego żona. W każdym jego geście i spojrzeniu widoczna jest pełna gotowość niesienia pomocy, nawet gotowość do odebrania bólu, który jest w każdym skurczu. Ona kieruje tym porodem: zmienia pozycje, krąży. Siła i częstotliwość skurczów nasila się. Może maluszek zdąży "obejrzeć" dobranockę?
Niestety czas dobranocki skończył się. Pękł natomiast pęcherz płodowy. Wody czyste. Rozpoczęły się skurcze parte. Dość długo jednak górna warga szyjki macicy wyczuwalna była na silnie pchającej się główce dziecka. Walczyliśmy wspólnie z uczuciem parcia. W końcu rozwarcie jest pełne. Główka napiera silnie na sprężyste, napięte krocze. Teraz próbujemy "wyoddychać" skurcze. Nie jest to takie proste. Główka ukazuje się i cofa przez 6-8 skurczów.
W badaniu ultrasonograficznym określono wielkość dziecka na 3200 g. Według mojej oceny waży na pewno więcej. Potwierdziło się to później - panieneczka ważyła 3800 g.
Wreszcie główeczka wysuwa się przez krocze. Potem piąstka razem z barkiem... W następnej chwili dziecko otoczone rękoma rodziców leży na brzuszku swojej mamy. Przykryłam je pieluszką. Spora dziewczyneczka. Napiła się trochę wód płodowych. Odśluzowałam gruszką. Czynność ta nie bardzo podobała się małemu człowiekowi. Pępowina tętniła w dotychczasowym, spokojnym rytmie około 140 uderzeń na minutę. Dziesięć minut później zaobserwowałam falę niewielkiej ilości krwi z macicy - łożysko zaczęło odklejać się mechanizmem Duncana. Przy tym sposobie odklejania łożyska jest większa utrata krwi. Zacisnęłam pępowinę mimo, że jeszcze wyczuwało się jej tętnienie. Przeciął ją Adam tłumacząc swojej córce, że odtąd i on również będzie się nią opiekował wspólnie z mamą, która do tej pory była jej jedyną żywicielką i opiekunką.
Nie jest to jednak cała prawda. Adam opiekował się swoją córeczką (do tej pory nie wiedział jakiej dzieciątko jest płci) poprzez czułą, troskliwą opiekę nad jej mamą, a swoją ukochaną Ewą. Oni "zaprosili" swoje dziecko do zaistnienia poprzez świadomy wybór czasu jego poczęcia. Najchętniej do metryki urodzenia wpisaliby właśnie datę poczęcia, gdyż to był faktyczny początek jej życia na tej planecie.
Dziewczyneczka broniła się dość energicznie przed odśluzowaniem. Było ono jednak potrzebne. Chwilę potem w ciszy, wśród szeptów pełnych zachwytów nad paluszkami, noskiem, delikatną skórą pokrytą gdzieniegdzie resztkami kremu płodowego, otworzyła oczy i rozejrzała się spokojnie. Główeczka przesuwała się w prawą i lewą stronę; dziecko zatrzymywało wzrok na ojcu przepełnionym zachwytem i czułością, na szczęśliwej i zmęczonej wysiłkiem mamie i wreszcie na mnie, na osobie, która pierwsza ją dotykała.
Dużo wcześniej przed jej urodzeniem nauczyłam rodziców odróżniać w brzuchu jej rączki, nóżki, kręgosłup, wyczuwać główkę nad spojeniem łonowym. Moje ręce, mój dotyk nie były dla małego człowieka obce. Czuła się spokojna, bezpieczna.
Adam, Ewa i ich córeczka jakby istnieli od początku świata, bezpieczni i szczęśliwi w raju Bożym.
Ewa krwawiła falami, co kilka minut. Rzeczywiście, łożysko odklejało się stopniowo. Po około 35-40 minutach urodziło się stroną matczyną, zatem utrata krwi była nieco większa. W odklejaniu łożyska pomogła oksytocyna, której ilość wzrastała z powodu intensywnego, łapczywego wręcz ssania przez świeżo urodzonego maluszka.
Obejrzałam dokładnie łożysko. Bez żadnych wątpliwości było całe.
Adam i Ewa głośno modląc się dziękowali Bogu za cud współuczestniczenia w przekazaniu życia i cud rodzenia się ich dziecka. Z radością uczestniczyłam w ich modlitwie. Dziękowali sobie, dziękowali mnie za moją obecność, za pomoc.
Ewa odczuła silną potrzebę umycia się w łazience. Adam miał okazję zawładnąć całkowicie córeczką. Pomogłam Ewie wejść do wanny, umyć się pod prysznicem. Znowu fala krwi. Ewa osłabła. Przywołany przeze mnie Adam pomógł mi przeprowadzić ją do pokoju.
Po około 15-20 minutach odpoczynku i odpowiednim przygotowaniu, zeszyłam pękniętą śluzówkę pochwy. Na skórę krocza założyłam jeden szew przy samym wędzidełku.
Zaproponowali, bym nocowała u nich w domu. Czułam, że to nie tylko ich gościnność. Chcieli czuć się bezpiecznie. Ewa była osłabiona. Bała się zostać tylko z Adasiem. Zostałam więc, mimo że marzyłam o powrocie do swojego łóżka.
Czuwałam w nocnej drzemce przy swojej położnicy i noworodku. Dziecko spało krótko, obudziło się i znów intensywnie poszukiwało piersi swojej mamy.
Trzeciego i piątego dnia po porodzie odwiedziłam ich, by upewnić się osobiście, że wszystko jest w porządku. W czasie drugiej wizyty zdjęłam szew z krocza, pobrałam krew na fenyloketonurię.
Mama Ewy prasowała swojej wnuczce pieluszki i kaftaniki. Pomagała swojej córce i wnuczce w pierwszych dniach po porodzie, gdyż Adam musiał iść do pracy.
Ela i Piotr
Michał, jeden z moich "domowych tatusiów" zadzwonił do mnie prosząc, bym zgodziła się być przy porodzie ich przyjaciół.
- Ireno, pamiętasz tę naszą przyjaciółkę, która stała za drzwiami łazienki, gdy rodziła się nasza Magdusia? To ona, Ela, będzie rodziła swoje drugie dziecko. Pierwsze dziecko również rodziło się w domu w obecności tej młodej położnej z Żoliborza. Chcę ci również z radością powiedzieć, że nasze trzecie dziecko czeka w kolejce na swoje urodzenie. Nie wyobrażamy sobie, by urodziło się bez twojej obecności. Pamiętasz, że nam to obiecałaś?
- Tak, oczywiście pamiętam.
Piotr przyjechał po mnie w umówionym dniu. Kończyłam właśnie dyżur. Pojechaliśmy razem do ich domu. Przed kolacją modlitwa, serdeczny uścisk dłoni. Czuję, że zaakceptowaliśmy się. Jest to ważne dla nas wszystkich. Nawet ich dwuletnia Zosia po paru minutach pokazywała mi wszystkie swoje zabawki, co było dowodem jej przyjaznego stosunku do mnie.
Ela jest katechetką, świeckim nauczycielem religii. Piotr jest inżynierem mechanikiem. Mieszkają w wynajętym, samodzielnym mieszkaniu. Obydwoje bardzo pogodni, okazujący sobie wzajemnie w sposób bardzo otwarty i naturalny wiele czułości, troski. Mała Zosia świetnie rozwinięta intelektualnie, żywo reagująca na każde słowo, każde polecenie. Przy jej "reakcji ujemnej" tata spokojnie tłumaczy, że trzeba inaczej. Przy długo trwającej postawie oportunistycznej zabiera Zosię do drugiego pokoju i po chwili wracają obydwoje uśmiechnięci, a mała posłuszna. Jak on to zrobił? Wyczuwa się w tym domu nastrój, którego podłożem jest prawdziwie chrześcijańska miłość do drugiego człowieka, miłość akceptująca, pełna pokory, wyrozumiałości a jednocześnie miłość wymagająca głównie w stosunku do samego siebie.
W moich odczuciach Ela i Piotr połączeni sakramentem małżeństwa są prawdziwą jednością. Każdy ich gest, każda czynność, uśmiech i "mars" na czole świadczą o tym, że każde z nich nade wszystko pragnie dobra tego drugiego, że chce ofiarować siebie współmałżonkowi. Życie jest jedyną okazją daną nam, abyśmy kochali. Ci młodzi ludzie korzystają w pełni z tej okazji: kochają przez okazywaną sobie i dziecku cierpliwość, wyrozumiałość, ufność, szacunek i troskliwość.
Mój wysiłek jest tak niewielki: jestem z nimi i obok nich, uśmiecham się z autentyczną radością płynącą z samego faktu współuczestniczenia w święcie narodzin ich drugiego dziecka. Może ktoś uznać mnie za naiwną lub zbyt uduchowioną. Jestem gotowa zapłacić skreśleniem mnie z listy zdobywców świata. Jestem gotowa wybrać listę naiwnych, przekreślonych, wykpiwanych. Nie boję się już spalić w oczach ludzi potępiających mnie za inne spojrzenie na poród.
Albert Camus podtrzymuje mnie w takiej postawie słowami jednej ze strof: "Nie lękaj się spalać w całości. Ciepło, którym ogrzejesz innych ludzi, będzie trwało wiecznie".
Rozmawiamy długo o różnych problemach. Z żalem żegnam się z nimi po kilku godzinach: dziś jest piąty dzień po urodzeniu się pierwszego dziecka Agnieszki i Jacka, muszę ich jeszcze odwiedzić.
Dwa tygodnie później przywieziono mnie w nocy do rozpoczynającego się porodu. Skończyło się to tylko zbadaniem Eli, stwierdzeniem, że skurcze były... Do rana spałam na wspólnym materacu z "rodzącą".
W upalny, niedzielny poranek zjedliśmy śniadanie. Namówiłam ich na spacer: odwieźli mnie na dworzec PKS. Tam okazało się, że najbliższy autobus będzie dopiero za dwie godziny... Nie czułam się uszczęśliwiona tą informacją. Jest niedziela, czeka na mnie moja rodzina...
Na telefoniczną prośbę Piotra przyjechał jego przyjaciel, by odwieźć mnie do domu. Zdążyłam więc dokończyć na czas przygotowany w sobotę obiad.
Po południu spacer z mężem i Szczepciem, ukochanym wnusiem. W tym czasie nasze dzieci mogą skorzystać ze swobodnego rajdu rowerami spokojne o swojego synka.
Minął tydzień. Ela nie rodzi. W poniedziałek postanowiłam załatwić swoje prywatne, "urzędowe" sprawy. W domu zostawiłam informację, że wrócę około 13-tej. Wcześniej zadzwoniłam do matki Piotra zawiadamiając przez nią Elę o moim wyjeździe. Czułam, że powinnam się spieszyć. Niełatwo jednak jest załatwić "sprawy urzędowe" - tu nic się nie zmieniło po zmianie ustroju społecznego w Polsce. Wróciłam po 14-tej. Z daleka zobaczyłam stojący przed domem samochód:
- Pewnie czeka na mnie - pomyślałam.
Rzeczywiście, czekał już dwie godziny! Kierowca, poznany tydzień wcześniej, przyjaciel Piotra, oznajmił spokojnie, że czekałby dłużej, gdybym jeszcze nie wróciła. Zostawiłam więc w domu zakupy, kartkę dla męża z informacją gdzie jadę, bez określania terminu powrotu i już po chwili jechaliśmy na Żoliborz.
W drzwiach powitała nas Hania, żona Michała. Uściskałyśmy się serdecznie, z radością. Drugi był Piotr - serdeczny, spokojny. Ela powitała mnie z ulgą:
Jak to dobrze, że już jesteś. Bałam się chodzić, żeby nie urodzić przed twoim przyjazdem.
Przytulając Elę, powiedziałam:
- Zaczniemy od rozpoznania nastroju dziecka.
Serce maleństwa pracowało spokojnie, równo, miarowo. Na moje badanie reagowało dobrze. Rozwarcie sprawdzę po "wygładzeniu" sytuacji położniczej.
Ela krzątała się po kuchni kończąc przygotowywanie obiadu. Piotr przejąłby te obowiązki, ale Ela chce być aktywna, nie chce być wyręczana, bezwolna, czuje się dobrze.
Rodząca w trakcie przygotowywania obiadu dla rodziny! Jak dalekie jest wyobrażenie sobie takiego obrazu od rzeczywistości rodzącej unieruchomionej na łóżku porodowym koniecznością leżenia: "niech poleży, po co ma się męczyć". Obydwie sytuacje tak krańcowo różne powinny być pozostawione kobiecie do wyboru. Człowiek jest istotą wolną, należy więc umożliwić mu wybór miejsca rodzenia dziecka, osób towarzyszących w tych godzinach trudnych i ważnych dla życia, dla rodziny. Należy dążyć do przywrócenia naturalności w przebiegu porodu.
Rozmawiałam z Hanią. Wspominałyśmy jej poród, mówiłyśmy też o mającym się urodzić jej kolejnym dziecku.
Co jakiś czas słychać było z kuchni szybsze oddychanie, które pozwalało Eli rozładowywać skurcz. Piotr przygotował dwuletnią Zosię do wyjścia na spacer. Ela powiedziała:
- Skurcze są nadal ale teraz odczuwam je jako spokojne.
Rzeczywiście, macica napinała się wyraźnie co 7-10 minut. Skurcze były krótkie ale mocne. Ponieważ obiad był już gotowy, zjedliśmy go wspólnie, ja z apetytem, gdyż od siódmej rano nic nie jadłam (obecnie była 15.30). Przed posiłkiem wspólna, głośna modlitwa.
Po obiedzie Hania wzięła Zosię na spacer (Zosia i synek Hani, Jaś, lubią się ze sobą bawić).
Zostaliśmy sami. Była cisza, spokój. Zaproponowałam Eli i Piotrowi, by starali się skupić wyłącznie na porodzie. Przeszłam do drugiego pokoju, by tam zająć się opisaniem porodu Adama i Ewy sprzed ośmiu dni. Czas upływał spokojnie. Skurcze były nadal niezbyt intensywne. Ela poprosiła mnie o zbadanie, by wiedzieć jak dużo jeszcze brakuje do pełnego rozwarcia i w związku z tym co dalej robić z małą Zosią.
Rozwarcie szyjki macicy - 4 cm.
Przed "dobranocką" wróciła Zosia. Za godzinę byliśmy po kolacji, a mała spała spokojnie w drugim pokoju. Teraz skurcze stały się bardzo silne i częste, co dwie minuty. Napięcie macicy co drugi skurcz mocne, długie, co kolejny słabsze, krótkotrwające. Zażartowałam więc;
- Macica rozłożyła sobie mądrze swoje siły stosownie do twojej sytuacji rodzinnej.
Bardzo szybko pojawiło się uczucie parcia, które było trudne do opanowania przy tak intensywnej czynności skurczowej. O 21.20 urodził się Staś - duży chłopiec ważący blisko 4 kg.
Modliliśmy się głośno do Pana, dziękując mu za Jego żywą obecność wśród nas, za Jego pomoc, ojcowską opiekę. Oni dziękowali Bogu za synka, za poród bez powikłań, za radość jaką odczuwali będąc razem w godzinach porodu. Dziękowali za to, że mogłam być z nimi. Ja w głośnej modlitwie wyrażałam wdzięczność za radość, jaką daje mi On z przeżywania mojej obecności w tym święcie rodzinnym.
Taka spontaniczna modlitwa jest mi bardzo potrzebna. Jest wielką wartością dla mnie.
Maleńki Staś bardzo poważnie zabrał się do pierwszej w życiu pracy: do ssania piersi swojej mamy. Rozglądał się szukając wzrokiem pochwały za swoją pracowitość. Znalazł ją oczywiście bardzo szybko: tata zachwycony, mama wzruszona, szczęśliwa. Szepty zachwytu, głaskanie...
Piotr zwrócił się do mnie:
- Dziękujemy ci za twoją "mądrą obecność". Było mi miło słyszeć te słowa. Moim zdaniem właśnie ta mądrość, czujność zawodowa, otwartość jest podstawą, na której można "budować dobry poród" w domu. Nie po raz pierwszy jestem wdzięczna Bogu za moje powołanie do zawodu położnej.
Zostałam z nimi do rana. Znów spałam na materacu razem z Elą. Ona czuwała przy swoim Stasiu, ja przy nich, a Piotr przy Zosieńce w drugim pokoju. Rano mała Zosia witała swojego braciszka. Dotykała go delikatnie paluszkami, była zdziwiona, że maluszek porusza się, że otwierają mu się oczka, buzia. Ela na zmianę z Piotrem przytulali Zosię i Stasia; Zosia nie mogła poczuć się odsunięta na drugi plan, była tak samo ważna w tym domu jak Staś, tata, czy mama.
Pięć dni później, kiedy pobierałam z piętki Stasia krew na fenyloketonurię, po wspólnych zdjęciach, po uroczystym obiedzie podanym przez Piotra otrzymałam piękne kwiaty i skromną zapłatę za czas im poświęcony. Do podziękowań dołączyli piękną pocztówkę ze słowami: "Radujmy się w Panu".
Ola i Wojtek
Estrogeny i gestageny w moim organizmie walczą silnie o swoje prawa. Dołączają się do tego prostaglandyny, zapewne w dużej ilości, gdyż walka ta dawała mi zawsze wiele niezbyt sympatycznych doznań.
Wczorajszy dzień był jednym z tych trudnych dla mnie dni przeżywania mojej kobiecości. Marzyłam o tym, aby położyć się wcześniej do nocnego odpoczynku. Marzenie to było nierealne:
jeszcze długo do późnych godzin nocnych pracowałam nad sprawdzaniem kartkówek. Ciężka to praca, tym bardziej, że w treści wielokrotnie nie widzę pozytywnego echa mojej pracy. Kandydatki na położne poza deklaracjami chęci bycia położną często nie chcą tych deklaracji realizować poprzez przyswajanie potrzebnej im wiedzy, często traktują naukę jak sztubacy zawsze oglądający się na możliwość ucieczki na wagary. Korzystając ze "ściągi", uczą się tylko "żeby jakoś zaliczyć".
Patrzę na to z ogromnym niepokojem i jednocześnie nadzieją, że wydorośleją w swoich dążeniach. Pragnę, aby nasiąkały jak gąbka nie tylko wiedzą położniczą, ale i pełną serdeczności troską o tych, na rzecz których będą pracować.
Najsilniejszą potrzebą, jaką człowiek odczuwa w sytuacji stresu związanego z chorobą, z lękiem o siebie lub dziecko jest potrzeba obecności przy nim drugiego człowieka, człowieka, który go dostrzega, akceptuje, okazuje szacunek, człowieka, który chce mu pomóc.
Pragnę więc, by młode kobiety przygotowane między innymi przeze mnie do zawodu położnej były rzecznikami praw swoich pacjentek, niosąc im ulgę w cierpieniu, łagodząc stresy. Tymczasem przy sprawdzaniu ich wiadomości często stawiam sobie pytanie, czy wszystkie będą dobrymi położnymi. Mam nadzieję, że zrozumieją, co jest naprawdę cenne i wartościowe w życiu, że nie będą załamywać się przy pierwszych niepowodzeniach, gdyż człowiek zawsze większy jest od swoich niepowodzeń.
Ogromną wartością mojego zawodu jest radość dawania swoich umiejętności drugiemu człowiekowi z prostotą, otwartością. Znam to uczucie. Zawsze próbuję patrzeć na swoją pracę przez taki pryzmat.
Uważam się za osobę szczęśliwą, gdyż co dzień osiągam cel mojego zawodu: służę pomocą tym, którzy jej ode mnie potrzebują: moim rodzącym i słuchaczkom. Tym drugim chcę przekazać wszystko co wiem i zachęcić je, by zdobywały wiedzę ponad tę, którą jestem w stanie im tylko zasygnalizować.
Są wśród nich wspaniałe dziewczyny. Wierzę, że w przyszłości z dumą będę mogła powiedzieć, że byłam jedną z nauczycielek tych wspaniałych położnych. Z wieloma pożegnałam się już po
wręczeniu dyplomu.
Te krótkie refleksje piszę w mieszkaniu Oli i Wojtka, którzy razem przeżywają burzę narodzin ich pierwszego dziecka. Pierwsza "błyskawica" tej burzy obudziła mnie po krótkiej nocy o czwartej nad ranem - były to błyskawice z niespokojnych oczu Wojtka, który już w drzwiach wyrzucił z siebie:
- Ola jeszcze przed północą miała mocne skurcze co 10-15 minut! Od trzeciej nie śpimy w ogóle! Skurcze nasiliły się, są już
co 8-10 minut!
Nie byłam zachwycona koniecznością tak wczesnego zerwania się z łóżka po dwu i pół godzinnym śnie. Miałam nadzieję, że się wyśpię, gdyż była sobota, dzień wolny od pracy.
Pomyślałam, że byłoby dobrze, gdyby zrozumieli, że jest to dopiero zapowiedź porodu. Mając świadomość tego, że mogę wrócić dopiero w niedzielę wieczorem lub w poniedziałek prosto do pracy, zabrałam ze sobą stosik prac do sprawdzenia, swoją "torbę położniczą" oraz moją gotowość do pomocy moim młodym przyjaciołom.
Mój brak entuzjazmu rozwiał się zupełnie, gdy Ola przywitała mnie z uczuciem radosnego wyzwolenia z niepokoju, że urodzi bez mojej pomocy. Czekała na nas ze swoją mamą, sympatyczną kobietą bardzo emocjonalnie przeżywającą nową dla siebie sytuację: rodzi się jej pierwsze wnuczątko. Skurcze były krótkie, słabe. Wiedziałam, że zostanę tu długo. Ola w panice przeżywania tych skurczów przepowiadających twierdziła, że są bardzo silne i bolesne. Wierzyłam jej, ona tak właśnie je odczuwała. Musiałam jednak powiedzieć prawdę:
- Olu, mimo tak silnego odczuwania nie są to jeszcze skurcze porodowe. One muszą się nasilić, uaktywnić. Z takimi skurczami nie urodzisz do wieczora.
Ola, jej mama i Wojtek popatrzyli na mnie rozczarowani i z niedowierzaniem:
- To może tak długo trwać?
- Jeśli skurcze nasilą się, to może być szybciej, może dziś wieczorem. Jeśli będą słabe, to mogą uspokoić się zupełnie i zacząć się nawet za kilka dni.
- Czy w tej sytuacji pani zostanie z nami? Oni tak bardzo czekali na panią - mama Oli patrzy na mnie wyczekująco.
- Szczerze mówiąc, wolałabym wrócić do domu, mam tyle pracy. Ale... zabrałam jej część ze sobą i dlatego zostanę, by popatrzeć, jak będzie rozwijała się akcja porodowa. Poza tym szkoda mi zabierać Wojtka od Oli, by zawiózł mnie z powrotem do domu. Potem musiałby jechać jeszcze raz po mnie... a to i dodatkowe koszty, a przede wszystkim oni powinni być razem.
Przy herbatce mama Oli opowiadała o swoim porodzie, o przeżyciach związanych z narodzinami swojej jedynaczki (pamiętała każdy szczegół). Mówiła o swoim niepokoju o córkę i rodzące się jej pierwsze wnuczątko, o bólu i trudzie rodzenia, o szpitalu i pracujących tam ludziach. Stwierdziła:
- Znam to wszystko od podszewki, gdyż wiele lat pracuję w szpitalu w jednej z pracowni.
Rozmawiałyśmy o swoich dzieciach. Jesteśmy prawie równolatkami. Miałyśmy wspólną płaszczyznę porozumienia, wspólne tematy. Mama chciała "zagadać" swój lęk o córkę. Łatwo mi było zrozumieć nastrój mamy Oli, podobne uczucia przeźywałam kilka miesięcy wcześniej, przed urodzeniem się Szczepcia, mojego wnusia.
Uczestnictwo Oli i Wojtka w naszej rozmowie było tylko grzecznościowe. Tak naprawdę byli zajęci tylko sobą, rozmawiali bez stów porozumiewając się wzrokiem. Czułam, że chcą bez mamy, samodzielnie przeżywać tak ważne chwile w ich życiu. Teraz oni czują się rodzicami odpowiedzialnymi za los swojego dziecka, chcą być sami.
Mama wyczuła, że powinna wyjść. Mówiła o tym kilkakrotnie, nie umiała jednak podjąć ostatecznej decyzji.
Wojtek zaproponował śniadanie. Ola włączyła się do szykowania kanapek.
Po śniadaniu Wojtek powiedział mamie, że odwiezie ją do domu i zrobi po drodze zakupy. Mama ofiarowała swoją gotowość przygotowania obiadu. Ola odpowiedziała, że obiad jest przygotowany. Włożyła tyle starań w jego przygotowanie przeczuwając, że będzie to obiad śródporodowy...
Nie było więcej atutów w ręku - mama skorzystała z pojazdu Wojtka na powrót do domu.
Zostałyśmy z Olą same. Zbadałam ją. Już wcześniej, przy poprzednich badaniach zewnętrznych wyczuwałam, że dziecko jest duże. Podczas badania USC sprzed dwóch tygodni oceniono jego wagę na 3700 g. Według mojej oceny dziecko było większe. Główka mocno wstawiona do wchodu, w wyraźnie wyczuwalnym przygięciu do klatki piersiowej. Nad spojeniem łonowym wyczuwalny duży, mocny bark dziecka. W badaniu wewnętrznym: główka już ustalona we wchodzie miednicy kostnej. Szyjka macicy jeszcze bliżej kości krzyżowej, częściowo skrócona, miękka, przepuszczająca luźno palec. Zatem jest to wynik początku czynności skurczowej, która może się jeszcze zupełnie uspokoić. Serce maluszka pracowało spokojnie, równo. Skurcze co 7-10 minut, krótkie, o niewielkim napięciu.
Wojtek wraca z zakupami. Za oknem szaro, zimny, nieprzyjemny wiatr. Po kilku minutach siedzimy nad pachnącą kawą. Rozmawiamy spokojnie o rzeczywistości rozpoczynającego się porodu a może tylko jego zapowiedzi.
- Skurcze słabe, spokojne, można przy nich drzemać - powie działam proponując im odpoczynek, licząc jednocześnie na spokojny kąt dla siebie.
Odstąpili mi własną maleńką sypialnię. Sami ułożyli się na dwu przylegających do siebie kanapach. Drzemaliśmy ponad dwie godziny.
Pogoda poprawiła się. Słońce przeświecało przez zachmurzone niebo, przez gałęzie drzew pochylających się pod naporem zimnego wiatru. Taka pogoda zachęca do wejścia pod kocyk, albo... do spacerów po lesie. Tak! Tego nam wszystkim potrzeba.
Zwracam się więc do moich "domowych rodziców":
- Proponuję wam wycieczkę do lasu...
- Irena, jak wyobrażasz sobie tę wycieczkę? - w głosie Oli zdumienie, niedowierzanie i ciekawość.
- Czy ona będzie mogła chodzić po lesie ze skurczami?
- spytał Wojtek z troską w głosie.
- A zauważyłeś, że swobodnie porusza się po mieszkaniu?
- odpowiedziałam pytaniem przekomarzając się z nim.
- No tak, ale tam są ludzie...
- Są również drzewa, świeże powietrze, słońce, ptaki, trawa, koncerty ptasie. Jest też wygodny samochód pod domem ... Sądzę, że ta wyprawa poprawi nam wszystkim samopoczucie.
Ola oznajmiła zdecydowanie, że jest głodna. Czy był wybór? Wojtek nakrył elegancko do stołu, zapalone świece rozjaśniły pokój i nasz nastrój. Planując trasę wycieczki wybraliśmy Kampinos.
Spacerując z rodzącą po lesie wspólnie przeżywamy każdy skurcz. Ludzie spotykani na leśnych ścieżkach, śpiew ptaków, wiosenne drobne kwiatki, wspaniała zieleń majowego lasu, zdjęcia - to niepowtarzalne w swoim rodzaju tło nasilającej się powoli czynności skurczowej, niepowtarzalna atmosfera przeżywania porodu.
Dyplom położnej oraz zaświadczenie upoważniające mnie do wykonywania zawodu, które otrzymałam w lutym 1964 r. daje mi prawo do zatrudnienia w społecznych zakładach służby zdrowia, a także do wykonywania zawodu poza tymi zakładami. Mam więc prawo do wykonywania zawodu również w lasach kampinoskich.
Jak ogromna jest przepaść, jak wielka różnica w tym przebywaniu w opisywanej i przeżywanej aktualnie sytuacji, a przebywaniem z rodzącą na szpitalnej sali porodowej! Tutaj nie ma śladu stresu.
Ola i Wojtek przytuleni, odreagowani, uśmiechnięci, kontrolujący samopoczucie rodzącego się ich dziecka poprzez spokojne równe oddychanie w czasie skurczu. Wojtek od czasu do czasu z dumą w oczach szuka w moim wzroku akceptacji dla swojej ukochanej żony i mateczki ich dziecka rozpoczynającego wędrówkę na drodze do wyjścia ze swojego dotychczasowego miejsca przebywania.
Skurcze nasiliły się. Czułam je doskonale dotykając napinającej się macicy przez sukienkę mojej leśnej rodzącej. Mogłam też ocenić tę narastającą czynność obserwując jej twarz, na której widoczna była cała gama uczuć: ból, koncentracja myśli, cierpienie i radość.
Doprawdy, trudno to zwerbalizować. Zbyt ubogie jest słowo, by to opisać, a może tylko brak umiejętności przelania na papier odczuć, przeżyć.
Wracaliśmy w kierunku zaparkowanego w lesie samochodu. Ola stwierdziła, że przydałby się jej odpoczynek w domu. Byliśmy posłuszni. Jej życzenie było dla nas rozkazem. Wkrótce jechaliśmy kołysani miękkimi ruchami samochodu.
Po około kilometrowym odcinku asfaltu wjechaliśmy na "kocie łby". Ola, która najbardziej odczuwała tę niewygodę, zwróciła się do Wojtka:
- Czy to ty wymyśliłeś tę "atrakcję"?
Biedny Wojtek tłumaczył się, że nie znał tej drogi, nie sądził, że jest właśnie taka, proponował powrót. Droga była dosyć wąska, a więc i manewry samochodem byłyby trudne. Ola stwierdziła, że może to nie zaszkodzi jej dziecku. Słyszała, że wstrząsy "dobre są do łatwego rodzenia". Potwierdziłam to dla spokoju nas wszystkich.
Już wkrótce odpoczywała na wygodnej kanapie. Wojtek krzątał się w kuchni szykując obiad przygotowany wcześniej przez żonę, a ja znów usiadłam przy biurku zabierając się za sprawdzanie kartkówek z położnictwa.
Skurcze następowały częściej - co 4-5 minut. Były jednak krótkie, "do wytrzymania", jak określiła je rodząca.
Smaczny, wspólnie zjedzony obiad. Odpoczynek, cicha, spokojna rozmowa, uśmiechy wspomagające i podtrzymujące Olę w dobrym nastroju, kolejno zmieniane taśmy z przyjemną muzyką, to obraz nastroju poobiedniej sjesty.
Wojtek i Ola zajmują się sobą i dzieckiem. W czasie skurczu oddychają (jak trenowaliśmy wcześniej) oddechem kołyszącym dziecko w kurczącej się macicy. Świetnie sobie radzą. Dziecko jest również zadowolone, spokojne. Kontrolowana aparatem UDT praca jego serduszka jest równa, miarowa, o odpowiedniej częstotliwości.
Przy aromatycznej kawie stosik prac sprawdzonych zaczyna rosnąć. Czasami złoszczę się na braki podstawowych wiadomości, czasem uśmiecham się zadowolona, prowadzę korespondencję ze słuchaczkami pisząc swoje krótkie uwagi, polecenia, często słowa zachęty; wszystko to dla podkreślenia wartości wiedzy teoretycznej do odpowiedzialnej pracy położnej.
Za moimi plecami Ola wstaje, krąży po pokoju, siada, kładzie się na odpoczynek między skurczami. Wojtek jak nieodłączny cień krąży razem z nią.
Tak mija południe, wieczór, wreszcie dochodzi północ. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Krótka kąpiel pod prysznicem - najpierw Ola z Wojtkiem, potem również i ja.
Skurcze bez zmian - co 4-5 minut. Rozwarcie szyjki macicy 4-5 cm. Główka ustalona we wchodzie miednicy kostnej. Pęcherz płodowy zachowany. Czeka nas jeszcze kilka godzin. Niełatwo jest tę informację przyjąć do wiadomości zważywszy, że poprzednia noc była nieprzespana.
Kładę się na nocny odpoczynek w maleńkiej małżeńskiej sypialni, którą odstąpili mi decydując się na pozostanie w pokoju, gdyż tu bliżej do łazienki i do kuchni po napoje. Sen z przerwami na kontrolowanie postępu porodu (wzrokiem, słuchem, obserwacją). Nad ranem zasnęłam mocno.
Obudziłam się w absolutnej ciszy. Z pokoju obok nie dochodził nawet szmer. Po kilkunastu minutach nasłuchiwania wstałam by sprawdzić, co się dzieje, by posłuchać dziecka.
Otworzyłam drzwi i zdumiona zobaczyłam moich "rodzących rodziców" śpiących błogim snem. Wojtek cicho pochrapywał równie zmęczony jak jego żona. Przeszłam cichutko do łazienki licząc na to, że zaraz sami się zbudzą, gdyż czas już na rodzenie.
Obudzili się przecierając zdumione oczy:
- My naprawdę spaliśmy?
- Owszem, z chrapaniem włącznie, co świadczyć może o dobrym śnie. Jednak czas wrócić do rzeczywistości: wasze dziecko rodzi się i czas rozruszać na nowo siły natury - powiedziałam.
Kąpiel odświeżająca, intensywny marsz po schodach zintensyfikowały czynność skurczową. Podczas badania nacisnęłam palcami mocno napięty pęcherz płodowy przy 8 cm rozwarcia. Pękł i odpłynęły kryształowo czyste wody płodowe.
Przez niepełną godzinę główka dokonała wewnętrznego zwrotu potrzebnego do urodzenia się. Duża główka niemałego człowieczka. Mama rodzi pierwszy raz, więc główeczka dłuższy czas będzie się rodziła.
Krocze napinało się coraz bardziej, konieczne było jego nacięcie. Ola była zdziwiona, gdy dowiedziała się o tym po fakcie.
Chłopczyk był duży - pewnie około 4300-4500 g. Powiedziałam:
- Wojteczku, popatrz, taki duży jak ty.
Piękny mały mężczyzna ze zdecydowaniem wessał brodawkę piersi swojej mamy już po kilku minutach.
Nie było końca zachwytom nad noskiem, piąstkami, nóżkami, oczkami spokojnie rozglądającymi się wokół. Po zabezpieczeniu krocza jałowym kompresem pomogliśmy Oli przejść na łóżko, by tam spokojnie mogła karmić maluszka upominającego się o swoje racje żywnościowe.
Tata dumny ze swojego synka nie zgodził się na moją pomoc przy kąpieli. Jednak w momencie, gdy przejął go w swoje dłonie poprosił o podtrzymanie. Ręce drżały mu z emocji. Mały spokojnie zanurzony w ciepłą wodę leżał w niej przeciągając się rozkosznie. Ola obserwowała z zazdrością tą scenę odpoczywając na łóżku. Była pełna uznania dla swojego męża.
W czasie tego porodu zrobiłam wiele zdjęć. Kilka z nich dostałam na pamiątkę.
Porody domowo-szpitalne
Poza. moim drugim kolejnym porodem domowym jeszcze kilka innych zakończyło się w szpitalu.
Kasia i Andrzej
Nie doczekali się na mój przyjazd z katowickiego sympozjum w maju 1990 roku. Mają niestety bardzo niepozytywne odczucia i wspomnienia z porodu w szpitalu, pomimo że zachowali w dobrej pamięci jedyną osobę, która im chciała pomóc - położną. Niestety kończyła dyżur dzienny, a Kasia urodziła przed północą.
Ela i Adam
Czekałam razem z nimi w domu przez 12 godzin od pęknięcia pęcherza płodowego na wystąpienie samoistnej czynności skurczowej. Było to trzy dni po terminie porodu. Wody były czyste, serce dziecka pracowało bez zastrzeżeń. Jednak skurcze nie pojawiły się. Pojechali do szpitala, gdzie Adam był obecny przy narodzinach swojego synka.
Justyna i Sławek
Byłam z nimi w domu wiele godzin trwania skurczów pierwszego okresu. Justyna była pełna wiary w to, że świetnie sobie poradzi. Bardzo chciała pozostać w domu. Widać było, że nie potrafi jednak poradzić sobie z własnym niepokojem. Prawdopodobną przyczyną była zbyt silna motywacja do samodzielnego rodzenia, drobiazgowe zaplanowanie porodu, dobra wiedza o porodzie, ale i możliwych powikłaniach. Justyna była wówczas pół roku przed otrzymaniem dyplomu położnej. Nie pomogła troskliwa i wyrozumiała opieka Sławka. Napięcie emocjonalne Justyny nie zmniejszało się. Skurcze były nierówne w swej sile, częstotliwości, napięciu macicy. Słuchaliśmy dość często pracy serca dziecka. Wysłuchaliśmy wspólnie (dzięki UDT), że serce dziecka nie pracuje zupełnie spokojnie. Być może - wpływ na to miał stan emocjonalny jego mamy. Podjęliśmy decyzję: - jedziemy do szpitala.
Poród trwał jeszcze kilka godzin. Potrzebne było monitorowanie stanu dziecka prawie przez cały czas. Justyna dostała leki rozkurczowe, potem kroplówkę z Oksytocyną. Na szczęście udało się uniknąć nałożenia kleszczy, które były przygotowane do działania (tętno dziecka zwalniało się). Szef dyżuru, doświadczona lekarka czuwała z nami cały czas. Koleżanka położna pomogła Justynie przyjmując dziecko w pozycji zabiegowej (miały być nałożone kleszcze).
Biedny Sławek czekał kilka godzin za drzwiami. Na tej sali porodowej przy obecnym jej urządzeniu nie jest możliwa obecność męża jednej z rodzących, gdyż pozostałe rodzące nie są od siebie oddzielone.
Maria
Maria bardzo chciała urodzić to dziecko bez przemocy i samodzielnie a więc w domu. Ze względu na to, że mieszkam daleko, poprosiła również lekarza położnika mieszkającego blisko o zgodę na jego obecność przy porodzie. Zrobiła wszystko, by mogła rodzić bezpiecznie. Reszta zależała od nas, pracowników służby zdrowia.
Tydzień przed wakacjami koleżanka poprosiła mnie do telefonu. Poznałam głos Marii:
- Irenko, dzwonię ze szpitala...
- Czy urodziłaś już, czy...
- Urodziłam córeczkę, jestem już po porodzie... - głos Marii jest pełen napięcia. Pomyślałam, że w wyniku dobrych emocji.
- Doskonale. Cieszę się razem z tobą (Maria ma dwóch synów).
- Ależ Irenko, ja nie chciałam rodzić w szpitalu.
- Kochanie, jesteś już po porodzie. Na pewno wszystko było dobrze, chociaż nie do końca tak, jak zaplanowałaś. Córeczka zdrowa, duża? - chcę zmienić temat.
- Podobno tak. Sama nie mogę sprawdzić bo nie chcą mi jej dawać do karmienia. Pokazali mi ją tylko na chwilę i nie pozwolili nakarmić. Za plecami usłyszałam komentarz pielęgniarek: "Czego ona chce? Po co jej to dziecko?"
- Ależ Mario, co ty wygadujesz?
- Niestety, traktują mnie od początku jak osobę psychicznie chorą - w głosie wyczuwalna rozpacz.
- Marysiu, chyba nie wyrządzono ci krzywdy...
- Wyrządzono i to dużą krzywdę nie tylko mnie ale i mojemu dziecku. Mam ogromny żal do lekarza pogotowia, do szpitala. Czy rozumiesz Irena, co się teraz dzieje we mnie i co jest przyczyną mojego bezsilnego buntu?
- Chciałaś rodzić w domu...
- No właśnie. Wiesz jaką jestem orędowniczką praw dzieci. Chciałam, by moje dziecko urodziło się w spokoju, ciszy, miłości, w ciepłej domowej atmosferze. Tymczasem... i tu następuje krótka relacja.
Męża i synów nie było w domu. Chciała wykorzystać ten czas na relaks. Zaczęły się słabe, nieregularne skurcze nie zapowiadające szybkiej akcji porodowej. Kiedy poczuła, że następuje rozwieranie i pękł pęcherz płodowy poprosiła sąsiadkę o zawiadomienie lekarza mieszkającego kilka bloków dalej. Pani ta, pełna emocji, zwierzyła się z tej misji drugiej sąsiadce, która doszła do wniosku, że lepiej od razu zadzwonić do pogotowia. Sądziła, że swoją zapobiegliwością bardzo pomaga rodzącej. Pogotowie przyjechało szybko. Maria była zdumiona:
- Ja nie prosiłam o przyjazd pogotowia. Nie chcę jechać do szpitala! Postanowiłam urodzić swoje dziecko w domu. Zaraz przyjdą lekarz i położna. Oni zapewnią mi bezpieczeństwo. Do szpitala pojadę tylko wówczas, gdyby oni uważali to za konieczne.
- Pani musi jechać do szpitala! Porody odbywają się w szpitalu, a nie w domu. Pani jest nienormalna! Co pani wymyśla!
- Ale ja nie jestem chora ani nienormalna, tylko po prostu nie chcę rodzić w szpitalu. Tu mi jest dobrze, tu jestem bezpieczna. Za chwilę przyjdzie lekarz, a później wróci mąż.
- Ale pani nie jest w porządku. Pani jest "psychiczna"! Jedziemy! Nie ma czasu!
- Jestem całkowicie zdrowa i czekam na lekarza.
- Ja jestem lekarką i ja pani pomogę - lekarka zmieniła ton na łagodny jakim przemawia się do osób nie panujących nad swymi emocjami i nie w pełni władz umysłowych. Jednocześnie zwróciła się do sanitariusza i kierowcy i poleciła im wynieść Marię.
Chwycili ją pod ręce i siłą wyprowadzili z mieszkania nie zważając na jej opór, słowne protesty i prośby, by zostawiono ją w spokoju. Nie zdążyła nawet wziąć dowodu osobistego ani wyników badań. Fakt ten spowodował między innymi to, że jako osobę "psychiczną" bez dokumentów przesłano ją z izby przyjęć na septyczną salę porodową, a w konsekwencji potem odseparowano ją od dziecka.
Opisałam w wielkim skrócie relację Marii, która twierdzi, że cały czas była traktowana jak osoba dziwna, może niepoczytalna, a w każdym razie zła matka, która działa na szkodę własnego dziecka, krzywdzi je i jest odpowiedzialna za powstanie u niego szeregu groźnych chorób np. ostrej żółtaczki, mongolizmu itp.
Dlaczego tak ją potraktowano? Może została ukarana za samowolę w decyzjach dotyczących własnej osoby czyli została ubezwłasnowolniona? Może lekarka pogotowia naprawdę chciała jej pomóc i postąpiła tak w absolutnie czystej intencji? A może zapamiętała z praktyki pracy w szpitalu, że każdy poród niesie ze sobą bezwzględne zagrożenie? Na pewno nie pomyślała nawet, że możliwy jest poród fizjologiczny, naturalny, bez powikłań. Dlaczego w szpitalu zakodowano konieczność traktowania Marii jako osoby niebezpiecznej dla własnego dziecka?
Nie ma przepisów zakazujących przyjmowania porodów w domu. Nie ma też, na szczęście, przepisów zabraniających rodzić w domu. Zatem na mocy jakiego przepisu ubezwłasnowolniono Marię, osobę w pełni poczytalną, odpowiedzialną nie tylko za siebie ale również za swój dom, odpowiedzialną w pracy (jest psychologiem). Ponadto Maria uczestniczy w pracach Komisji Sejmowej d/s praw dzieci.
- Nie mogłam obronić nawet własnego dziecka przed brutalnością osób odpowiedzialnych zawodowo za nasze bezpieczeństwo - skarżyła się Maria.
Opieka na siłę nie daje poczucia bezpieczeństwa, niszczy wolność człowieka, daje uczucie osamotnienia, izolacji, nie-szczęścia. Powyższa sytuacja jest tego dowodem.
Małgosia i Marian
Wyjątkowo trudnym psychologicznie i zawodowo był poród u Małgosi i Mariana. Przyjechali z innego miasta do rodziców mieszkających w Warszawie, by tutaj, w domu rodziców, urodzić swoje dziecko. Podobnie jak z Justyną i Sławkiem, byłam z nimi przez kilka godzin trwania pierwszego okresu porodu. Przy czterech centymetrach rozwarcia, w domu, pękł pęcherz płodowy - wody zielone. Dotychczas serce dziecka pracowało prawidłowo. Zielone wody płodowe świadczyły jednak o tym, że dziecko było niedotlenione. Pojechaliśmy zatem szybko do szpitala, gdzie urodziła się mała Marianna.
Małgosia była na sali porodowej trzy godziny przed urodzeniem się dziecka. Praca jego serca była cały czas zapisywana na monitorze kardiotokografu - zapis był prawidłowy. Nie było wskazań do interwencji położniczej. Niemniej dziecko urodziło się w stanie wskazującym na duży stopień niedotlenienia: ocena według skali Apgar na jeden punkt.
Być może narażę się lekarzom pediatrom, gdy wyrażę głośno nie tylko moją opinię, że była to punktacja zaniżona, gdyż dziecko po 10 minutach oceniono na Apgar 10, a po dwunastu godzinach mama otrzymała je do samodzielnej opieki systemem rooming in. Z zasady do tego systemu nie przesyła się dzieci wymagających specjalnych obserwacji lub specjalnej troski. Ponadto na prośbę matki wyrażono zgodę na ich wcześniejsze wypisanie ze szpitala w trzeciej dobie po porodzie.
Pan prof. Z. Słomko mówiąc o ocenie noworodka wg skali Apgar stwierdził, że ocena ta może być w 50% fałszywie pozytywna lub w 16% fałszywie negatywna. Natomiast pan prof. Dzieciuchowicz (promotor mojej pracy magisterskiej) potwierdził brak dobrego kryterium do obiektywnej oceny dobrostanu płodu.
W chwili opisywania tych wydarzeń Marianna ma 16 miesięcy. Mam z nimi sporadyczny, ale serdeczny kontakt listowny i telefoniczny. Marianna jest bardzo sprawna fizycznie, gdyż wcześnie zaczęła pełzać, siadać, chodzić, biegać. Bardzo dobrze rozwija się też psychicznie, emocjonalnie. Jest radosnym, żywo reagującym dzieckiem, dużo mówi.
Dlaczego więc poród ten był dla mnie psychologicznie i zawodowo trudny? Do tej pory nie potrafię zrozumieć kto i dlaczego zaaranżował sytuację całkowitego przekłamania tego porodu, jaki miał w tym cel.
Małgosia urodziła w sobotę. W poniedziałek na pierwszej odprawie lekarskiej ktoś przekazał szefowi oddziału, że w sobotę przywieziono do szpitala po porodzie w domu dziecko w stanie Apgar 1 i tylko dzięki dobrej interwencji lekarzy udało się dziecko uratować. Przekazano również, że pacjentkę razem z dzieckiem przywiozła położna, która w sposób zamierzony wcześniej postanowiła poród ten przyjąć w domu. Oburzenie wszystkich uczestniczących w odprawie było oczywiste: "Jakim prawem ta położna podjęła decyzję przyjęcia porodu w domu? Kto ją do tego upoważnił? Kto za nią i za jej postępowanie ma odpowiadać? Dlaczego jej "zabawa w samodzielne położnictwo" ma obciążać statystykę szpitala zgonami okołoporodowymi - przecież możliwe było, że dziecka nie da się uratować!"
Poród rozpoczął się w domu , ale rodząca przebywała jeszcze trzy godziny na sali porodowej. Poród był kontrolowany przez lekarzy, położne i aparaturę KTG. Dlaczego niesprawdzone informacje zostały przekazane dalej, do innych oddziałów położniczych. To spowodowało absolutnie złą aurę wokół porodów domowych, a szczególnie wokół położnych, które chciałyby same odpowiadać za swoją pracę od początku do końca. Czyżby położne w Polsce nie miały takiego prawa?
Ania i Piotr oraz Renata i Piotr - chcieli rodzić w domu, jednak zgłosili się do szpitala dziesięć dni po terminie porodu.
Jola i Tadeusz
Jola czuła się bezpieczniej w szpitalu niż w domu, a jednocześnie chciała być z mężem. Za zgodą lekarza dyżurnego uczestniczyłam w tym porodzie jako położna wspierająca psychicznie swoją rodzącą. Jola znała mnie od dawna. Moja obecność dawała jej większe poczucie bezpieczeństwa.
Marta i Waldek
Z Martą i Waldkiem poznaliśmy się dzięki mojej koleżance położnej, z którą przyjaźnimy się od licealnej ławy. Jest ona doświadczoną położną pracującą w rejonie i poradni "K".
- Wiesz Irena, że nie potrafię zaakceptować zaplanowanych w domu porodów. Chcę jednak pomóc mojej kuzynce, która chce rodzić w domu. Sama nie będę w tym uczestniczyć, gdybyś jednak przygotowała ich do tego i zgodziła się być z nimi, będę spokojna o ten poród.
Marta była bardzo oczytana w literaturze medycznej, nie wszystko jednak było dla niej jasne. Na każdym spotkaniu w moim domu było mnóstwo pytań, próbowaliśmy rozwikłać wspólnie wiele problemów. Czułam się doskonale w swojej zawodowej roli, gdy mogłam być pomocną w przybliżeniu im ważnych dla nich niejasnych problemów położniczych. Chcieli być świadomi wszystkiego co ich czeka, chcieli znać wszystkie ewentualne warianty.
Marta była szczególnie dokładna w tej dociekliwości. Interesował ją każdy szczegół zarówno wzrastania wewnątrzmacicznego ich dziecka, jego różne reakcje, zmieniające się położenie w macicy, wyniki badań, przebieg porodu w każdym jego szczególe itd.
Jej dociekliwość była dla mnie również dowodem na to, że oświata zdrowotna, którą jesteśmy zobowiązani szerzyć, przekazywać, nie jest "realizowana".
W naszych wspólnych przygotowaniach do porodu szpital nie był widmem, straszydłem, był jednym z wariantów miejsca porodu, aczkolwiek w ostatniej kolejności. Marta niepokoiła się trudnościami, jakie napotykała w treningach oddychania przeponowego w pozycji leżącej. Była to bardzo ważna przyczyna trudności w jej wyobrażeniu siebie rodzącej w takiej właśnie pozycji. Jest to dziewczyna z ogromnym temperamentem: siedzenie w jednym miejscu jest dla niej bardzo trudne. Trudno mi było wyobrazić ją sobie leżącą spokojnie kilka godzin na sali porodowej. Ponadto jest osobą o wysokim poziomie poczucia godności własnej, publiczne badanie ginekologiczne w obecności wielu osób jest dla niej nie do zaakceptowania. Oczywiście uznaje konieczność tego badania, jednak w "publicznym" wykonaniu byłoby ono obrażaniem jej kobiecej godności. Waldek jest jedyną osobą, której powierzyła swoje ciało i ewentualnie za jego akceptacją i najlepiej w jego obecności zniosłaby psychicznie taką sytuację. Poród w domu zapewniłby jej tę intymność.
W naszych kilku spotkaniach przedporodowych dyskutowaliśmy o wszystkim, "przerabialiśmy" punkt po punkcie opory Marty, wszystkie jej wątpliwości. Łatwiej jej było zaakceptować w planach ewentualną konieczność urodzenia dziecka w szpitalu.
Minął tydzień po wyznaczonym terminie porodu. Skurcze zaczęły się wieczorem. Przez wiele godzin nocnych były słabe, nieregularne. Marta nie potrafiła odpoczywać, gdyż w ogromnym napięciu, ambitnie czuwała nad określaniem częstotliwości skurczów, czasem ich trwania, prawidłowością oddychania. Nie dała namówić się na relaks, chciała sama czuwać nad wszystkim, a gdyby to było możliwe dyrygowałaby przebiegiem porodu. Te skurcze były zbyt "ślamazarne" (jak je określiła), denerwowało ją, że są takie rzadkie, takie słabe, ona chciała szybko widzieć ich efekt. Pozostawało to w kolizji z jej osobowością. Byłaby świetnym szefem, dyrektorem, gdyż odpowiedzialność za dojście do celu w jej osobowości jest sprawą nadrzędną. Ona przygotowała się do porodu; zbierała informacje, ćwiczyła, poznała teoretycznie przebieg porodu, przeanalizowała każdy szczegół. Ten poród zaczął się inaczej. Nie mogła tego zaakceptować. Z trudem hamowała niezadowolenie. Włączyła jednak hamulce w swoje zachowanie. Hamulcem głównym było dobro dziecka.
Przed południem poszli na godzinny spacer po ogrodzie. Mogłam w tym czasie spokojnie podrzemać. Skurcze nadal miały cechy skurczów przedporodowych. Godziny upływały.
Aby nie tracić czasu zajmowałam się przeglądaniem szkolnych przeźroczy, ich segregowaniem, opisywaniem.
Waldek przygotowywał kolejne posiłki, sprzątał, zajmował się psem dopominającym się o pieszczoty. Przede wszystkim jednak był gotowy na każde życzenie swojej żony.
Po południu pękł pęcherz płodowy, wody płodowe czyste, w małej ilości. Praca serca dziecka prawidłowa. Skurcze nadal nieregularne. Czas upływał, a skurcze nie nasilały się.
Z ogromnym ociąganiem się, szukaniem możliwości pozostania w domu, podjęliśmy jednak wspólnie decyzję wyjazdu do szpitala.
Oberwało mi się za to, że dopiero po kilku godzinach sączenia się wód płodowych przyjechałam z nią do szpitala.
Na sali porodowej w badaniu wewnętrznym okazało się, że pęcherz płodowy jest zachowany. Jak to się stało? To proste. Wcześniej sączył się płyn owodniowy po pęknięciu pierwszej, zewnętrznej błony płodowej - kosmówki, w miejscu oddalonym od dolnego bieguna pęcherza płodowego (wysoko w stosunku do ujścia wewnętrznego szyjki macicy). W małej fiolce po penicylinie miałam płyn do oznaczania wód płodowych. Ponieważ test w domu był dodatni (potwierdzał obecność wód płodowych na wkładce), uznałam za konieczne wyjaśnienie tej sytuacji w szpitalu. Prosiłam pana ordynatora o zgodę na pozostanie z Martą wyjaśniając, że jest ona uczennicą z mojej szkoły rodzenia. Pan ordynator, z pełnym zrozumieniem, wyraził zgodę. Byłam więc z Martą przez cały czas (kilkanaście godzin). Przyjęłam poród.
Zalecono kroplówkę z oxytocyną celem stymulacji zbyt słabej czynności skurczowej. Mimo kroplówki, okresowo podłączanego aparatu kardiotokograficznego (którego końcówki należy przymocować pasami do brzucha rodzącej), Marta mogła zmieniać pozycję na siedzącą, półsiedzącą/ kuczną, nawet klęczącą. Mogła obracać się swobodnie na boki. Zabezpieczałam jej częste zmiany pozycji. Na pewno złagodziło to w dużym stopniu stres związany z koniecznością rodzenia w szpitalu.
Chłopczyk po urodzeniu długo leżał na brzuchu i piersiach swojej mamy. Poród dla niej jest dobrym wspomnieniem. Z wdzięcznością wspomina lekarzy uśmiechniętych, o wielkiej kulturze osobistej w zachowaniu w stosunku do rodzącej.
Złe wspomnienia pozostały z oddziału położniczego. Wyprosiłyśmy zgodę na przebywanie Marty razem z dzieckiem. Okazało się jednak, że dziecko przyniesiono do sali dopiero po 14 godzinach! Na salce noworodkowej było już wielokrotnie pojone glukozą, poznało dogodność ssania przez smoczek (samo leciało), miało więc kłopoty ze ssaniem piersi mamy.
Każdego dnia pobytu na położnictwie pielęgniarka zaglądała do sali tylko dwukrotnie w ciągu dnia i jeden raz w nocy. Matki były więc skazane na konieczność samodzielnej całodobowej pielęgnacji swoich dzieci. Panie salowe gniewały się, wrzeszczały, gdy Marta nie czekając na wyschnięcie podłogi podchodziła do płaczącego dziecka. Nie pozwolono karmić na żądanie! Marta robiła to ukradkiem narażając się na nieprzyjemne uwagi. Bardzo złym wspomnieniem są w jej pamięci obchody lekarskie, podczas których kobiety po porodzie traktowano jak przedmioty, które można dowolnie ustawiać, przesuwać, naprawiać lub odstawiać do kąta.
Czy pacjentki w szpitalu są po to, by zaspokoić naszą potrzebę okazywania im swojej wyższości? Dlaczego brak jest humanitaryzmu w naszych postawach? Wszyscy jesteśmy jednakowo zmęczeni życiem, pracą. Na szczęście duża część nas, pracowników szpitali, potrafi zachować się kulturalnie, życzliwie, czerpać radość ze swojej pracy, i dzięki temu zachować godność własną i godność pacjentów powierzonych naszej opiece.
Żona dziadka
Mamy drugiego Wnusia. Ponieważ w całej tej książce ujawniłam wiele spraw bardzo osobistych, nie mogę nie dopisać chociaż kilku słów o tym ostatnim ważnym wydarzeniu w naszym życiu rodzinnym.
Iwonka, moja druga "zdobyczna córka" ("zdobyta" przez Adama, młodszego syna) urodziła synka Marcinka! Znajomi dokuczając mi żartobliwie twierdzą, że jestem za młoda na babcię dwu wnuków, że jestem tylko żoną dziadka (mojego męża), babcią zaś będę wówczas, gdy urodzi się nam wnuczka. Wcale nie czuję, by fakt urodzenia się drugiego wnusia postarzał mnie. Teraz wiem, że moje dzieci mają pełne własne rodziny, a my z mężem możemy im pomagać, jeśli będziemy mieć do tego dość sił fizycznych, jeśli będziemy zdrowi. Możemy też żyć dla siebie; każde z nas może spokojnie zająć się tym co lubi. Jest to nowy wymiar wolności, możliwość wyboru nowej drogi życia: bycia dla siebie lub życia dla innych.
Pisałam już, że każda kobieta powinna mieć możliwość wyboru miejsca rodzenia, wyboru osób, które będą jej towarzyszyły, pozycji, która będzie najbardziej naturalna do rodzenia. Czas wzrastania wewnątrzmacicznego mojego drugiego wnuczątka oraz czas jego rodzenia się potwierdza prawdziwość moich przekonań w tej kwestii.
Któregoś dnia Iwonka powiedziała:
- Mamo, ja będę rodzić w szpitalu, ale chcę byś była ze mną.
- Oczywiście Iwonko, obiecuję ci, że zrobię wszystko by być z tobą cały czas, jeśli tego zechcesz.
Nie myślałam ani przez chwilę o tym, by namawiać ją do rodzenia w domu. To jest decyzja należąca przede wszystkim do kobiety, która ma rodzić. Każda ma niezawodny instynkt dotyczący bezpieczeństwa własnego dziecka.
Iwonka była zdrowa przez całe dziewięć miesięcy, czuła się dobrze, poza małymi niedyspozycjami, była coraz ładniejsza w swoim macierzyństwie. Nie bała się porodu. Lęk ten pojawił się około dwa tygodnie przed porodem - lęk przed niewiadomą.
- Mamo, a co zrobisz jak zacznę rodzić, gdy będziesz w szkole - spytała któregoś dnia.
- Poproszę koleżanki nauczycielki o zastępstwo. Jestem przekonana, że mi nie odmówią. Ostatecznie obiecuję Ci, że jestem gotowa w takiej sytuacji nawet "zwagarować" z zajęć szkolnych.
- To dobrze, bo wiesz mamo, boję się zostać sama.
Nasz Adaś jest w wojsku. Iwonka odczuwała bardzo boleśnie brak męża w domu. Takie rozdzielenie młodego małżeństwa jest ogromną niesprawiedliwością społeczną, jest rozerwaniem więzi, pokaleczeniem uczuć.
Termin porodu był przewidziany na sobotę, 28 września. Przed południem pojawił się Adaś. Dostał przepustkę na dwa dni. Jutro pierwsza rocznica ślubu. W domu sprzątanie, szykowanie obiadu rocznicowego. Iwonka cieszyła się, że Adam jest blisko. Wydawa-ło mi się jednak, że była też napięta, niepewna.
To przed jutrzejszą rocznicą - tłumaczyła mi. Każdego dnia drzwi mieszkania Iwonki i Adama są otwarte. Tego dnia były zamknięte. Widocznie ta wyłączność przebywania ze sobą była im potrzebna. Ja prasowałam stos bielizny, koszul, zerkając jednym okiem na telewizor. O jedenastej w nocy przyszła Iwonka z niepewną miną:
- Wiesz mamo, jakiś śluz podbarwiony krwią pojawił się na majtkach. Czy to co złego? Co to znaczy?
- Że pojawił się pierwszy sygnał porodu, że szyjka macicy przygotowuje się do porodu.
- A kiedy będę rodzić, dziś w nocy?
- Nie sądzę, chociaż tego nie mogę wykluczyć. Nie masz jeszcze skurczów. Idź spokojnie spać. Posłuchamy jeszcze małego bąbelka.
- Adaś słuchał go. Wszystko jest dobrze. Maluszek jest spokojny, chociaż porusza się wyraźnie. Nie czuję, by się niepokoił.
Wróciła do ich pokoju. Zwinęłam prasowanie. Muszę również przespać się. Wiedziałam, że nie będzie to długi wypoczynek. Położyłam się o pierwszej w nocy i o pierwszej wstałam. Spałam jednak godzinę gdyż była to noc przestawiania czasu z letniego na zimowy.
Obudziła mnie Iwonka szepcząc mi na ucho:
- Mamo mam skurcze.
Wstałam natychmiast. Adaś pyta cicho w przedpokoju:
- Jak mama sądzi, czy nasz bąbel zaczął się rodzić?
- Sądzę, że tak - i wchodząc do pokoju - Iwonko spróbuj jeszcze drzemać między skurczami.
- Nie mogę, to boli, o spaniu nie ma mowy. Wysłałam Adama do rodziców Iwonki po samochód. Za pół godziny wrócił... razem z rodzicami. Kazio, tata Iwonki z ogrom-nym żalem wyrzuca nam:
- Wy leżycie sobie w łóżku (po wyjściu Adasia położyłam się obok Iwonki), a ja się denerwuję. Dlaczego nie ubieracie się do wyjścia? To jest ten poród czy nie? Kiedy urodzi się moja wnuczka?
- Rozumiem Kaziu Twój niepokój i napięcie, w końcu po raz pierwszy jesteś dziadkiem, musisz jednak być cierpliwy, odpowiedziałam uśmiechając się do Marysi, mamy Iwonki.
Pogadaliśmy w tej tonacji jeszcze trochę, potem Kazio i Marysia wrócili do swojego domu. Skurcze były co 5-7 minut. Zostawiłam więc Iwonkę z Adasiem i poszłam podrzemać do własnego łóżka. Oczywiście nie na długo, gdyż skurcze nasiliły się. Jeszcze jakiś czas trwaliśmy we wspólnym oczekiwaniu. Wzrastała siła kolejnych skurczów, zwiększała się ich częstotliwość.
Zbadałam Iwonkę - 3-4 cm rozwarcia i poza tym wszystko prawidłowo. Serduszko bąbelka pracowało miarowo, spokojnie. Powoli zaczęliśmy zbierać się do wyjazdu do szpitala. Jeszcze golenie (niestety), torba z "wyposażeniem" do szpitala - przybory toaletowe, ręczniki, kapcie, dokumenty.
Po szóstej byliśmy w Izbie Przyjęć.
- Pani tu jest niepotrzebna, proszę wyjść. Rodząca zostaje sama - stanowczym tonem powiedziała do mnie położna.
- Jestem położną i matką rodzącej, poza tym pracuję tu na sali porodowej więc i tak będziemy cały czas razem.
Położna chociaż konkretna, była sympatyczna, zajęła się rzeczowo, ale i przyjaźnie Iwonką. W badaniu stwierdziła 8 cm rozwarcia. Zdziwiłam się tak szybkim postępem porodu, ale oczywiście ucieszyłam się bardzo. Adam został za drzwiami. Nie miał prawa wejść z żoną.
Na sali porodowej zbadałam Iwonkę powtórnie. Było 4 cm. Niestety, jeszcze wiele godzin przed nami.
Łóżko porodowe, zapis KTC, założenie karty obserwacji porodu, pomiary parametrów stanu ogólnego, miednicy kostnej i inne rutynowe czynności.
- Mamo czy ja tu cały czas będę leżała? - spytała Iwonką.
Pomogłam jej wstać z łóżka. Chodziłyśmy po korytarzu, stawałyśmy przy każdym skurczu, Iwonką obejmowała mnie podtrzymując się silnie i przytulając jednocześnie. Była taka ufna, cierpliwa. Przez długie godziny nikt nam nie przeszkadzał. Słuchałam pracy serca dziecka. Musiałam i chciałam być odpowiedzialna za jego dobry stan zdrowia.
Około jedenastej nowa zmiana lekarzy dyżurnych pojawiła się na sali porodowej. Lekarz nadzorujący sam chciał sprawdzić, jaka jest aktualna sytuacja położnicza. Było badanie położnicze, konieczność włączenia zapisu KTG. Skurcze "uciekły ze strachu" jak to określiła Iwonką. Naturalnym zleceniem w takiej sytuacji jest podłączenie oksytocyny odpowiednio przygotowane do podania.
Aparat zwany pompą infuzyjną dokładnie dawkował ten lek wspomagający, nasilający czynność skurczową. Niepokój Iwonki nasilał się. Wstrzyknęłam domięśniowo Papaverinę i poda łam czopki rozkurczowe, by ułatwiły rozwieranie szyjki macicy. Bardzo trudne były dla Iwonki te skurcze stymulowane oksytocyną. Widziałam to, czułam razem z nią. Byłam cały czas z moim dzieckiem i z moim wnuczątkiem. Przytulałam, szeptałam, pocieszałam, informowałam o tym co się dzieje aktualnie, dodawałam otuchy, trzymałam za ręce, całowałam je czule.
- Mamo, nie odchodź ode mnie - prosiła, gdy wyszłam na pięć minut napić się gorącej herbaty i zjeść kanapkę podsuniętą mi przez koleżanki położne będące na dyżurze.
Wdzięczna im jestem za wyczucie naszych potrzeb. Nie włączały się i nie narzucały z pomocą. Uszanowały naszą jedność rodzinną.
Zaczęły się skurcze parte. Wspólny wysiłek, wspólna praca w wypychaniu dziecka. W pozycji leżącej na wznak rodząca musi wypchnąć dziecko. To ogromny wysiłek, to ciężka praca fizyczna, często zbyt ciężka dla rodzącej zmęczonej wcześniejszymi skurczami trwającymi wiele godzin.
Po cichu pragnęłam, by nie było potrzebne nacięcie krocza. Pragnienie było nierealne, gdyż zmęczony rodzeniem się organizm dziecka zareagował zwolnieniem pracy serduszka. Ważniejsze było w tej chwili zrobić wszystko by mu pomóc w wydostaniu się na zewnątrz.
Przyznaję, że przez moment ręka jakby zawahała się... Zawsze jednak w takich momentach znajduję motywację na słuszność tego co muszę zrobić. W tym przypadku chodziło głównie o dobry stan dziecka.
Za moment krocze było nacięte. Byłam niezwykle silnie skupiona na. współpracy z Iwonką i rodzącym się moim wnuczątkiem.
- Witaj nasz maluszku! - szepnęłam wzruszona. I za chwilę:
- Chłopczyk! Witaj maleńki!
Marcinek powędrował szybko na brzuch swojej mamy. Ręce babci nie dają tego, czego dziecko oczekuje: bezpośredniego kontaktu z mamą, kontaktu z jej ciałem, sercem.
Radość trwała krótko, gdyż maluszek został zabrany przez wprawne ręce pielęgniarki na "swój oddział".
Nie udało mi się obronić swojego dziecka przed niecierpliwością lekarza, który chciał szybko "urodzić łożysko". Łożysko odkleiło się, ale błony nie zdążyły odkleić się, gdy po 10 minutach lekarz nacisnął na dno macicy. Łożysko "wyskoczyło" okrojone w dużej części z błon płodowych.
Oczywiście konieczne było wyłyżeczkowanie.
Mam żal do młodego lekarza, że pospieszył się, żal do siebie, że na siłę nie odsunęłam go. Lekarz ten stwierdził też, że barbarzyństwem z mojej strony było przyjęcie porodu u swojego dziecka.
- Lekarz nie leczy osób bliskich, nie operuje ich - powiedział na potwierdzenie swojego wywodu.
Moim zdaniem jest to kwestia zaufania do siebie samego (nie mylić z zarozumiałością).
Iwonka była taka dzielna, taka cierpliwa, pełna miłości do swojego dziecka. Kocham Cię za to, moja druga córeczko.
Wypowiedzi współczesnych położników
Odbyło się wiele międzynarodowych kongresów i sympozjów naukowych na temat psychologii prenatalnej, medycyny psychosomatycznej, przygotowania do porodu, pozycji przy porodzie, roli ojca w porodzie.
Pan profesor Włodzimierz Fijałkowski w swojej książce Poród naturalny po przygotowaniu w szkole rodzenia zamieszcza krótkie i bardzo ciekawe recenzje z tych spotkań naukowych z różnych krajów.
Uczestniczyłam w dwóch sympozjach zorganizowanych w Katowicach przez Polskie Towarzystwo Ginekologów w 1989 i 1990 roku. Pilnie notowałam wypowiedzi naukowców odpowiedzialnych za położnictwo, w tym za polskie położnictwo. Posłużę się więc własnymi notatkami, ujawniając tym samym i przekazując czytelnikowi ich zdania wypowiedziane w czasie publicznych dyskusji na naukowych konferencjach i sympozjach.
Profesor Velay z Francji stwierdził, że w jego kraju już od 1954 roku oficjalnie zezwolono na obecność ojca dziecka przy porodzie. Spowodowało to prawdziwą rewolucję wśród personelu medycznego. Potem jednak zaobserwowano wiele pozytywów tego nowego zwyczaju i już od wielu lat uważa się, że obecność męża rodzącej przy porodzie jest konieczna, a przynajmniej pożądana. Ojcu przedstawia się wybór: czy chce czy też nie chce być obecny przy narodzinach swego dziecka, niezależnie od tego czy uczestniczył w przygotowaniach w szkole rodzenia.
Doktor Poręba swoją wypowiedź rozpoczął od próby zdefiniowania porodu naturalnego: "to poród bez farmakologii, w pozycji naturalnej i możliwie naturalnych warunkach". Uważa on, że należy przekonać polskie środowisko medyczne o korzyściach płynących z obecności męża przy porodzie szpitalnym.
Pan docent Laudański na bazie sześcioletnich wówczas doświadczeń wynikających z obserwacji obecności mężów przy 540 porodach w kierowanym przez niego oddziale klinicznym z przekonaniem stwierdził, że na każdej sali porodowej możliwa i pożądana jest obecność męża przy porodzie, gdyż nikt nie zastąpi jego obecności. Należy też zaznaczyć, że porody te odbywały się w udomowionych warunkach sali porodowej (aparatura medyczna obecna ale niewidoczna). Pan docent kontynuuje w ten sposób prekursorskie w Polsce spojrzenie profesora Fijałkowskiego na poród.
Profesor Wł. Fijałkowski zwrócił uwagę nie tylko na oczywistą dla niego obecność ojca dziecka przy porodzie ale również na konieczność umacniania więzi, jedności i miłości w małżeństwie poprzez wczesne rozpoczęcie dialogu ojca z dzieckim od jego poczęcia przez ważne dla obydwojga małżonków ich uczestnictwo w przygotowaniu do urodzenia się dziecka, między innymi poprzez spotkania i ćwiczenia prowadzone w szkołach rodzenia. Mówił też o postawie mężczyzny w stosunku do prokreacji, o jego odpowiedzialności za poczęcie dziecka.
Doktor Lewandowski potwierdził spostrzeżenia pana profesora Laudańskiego mówiąc, iż z jego doświadczeń z pracy na sali porodowej wynika, że mąż obecny przy porodzie działa na swoją żonę antystresowo, że poród przebiega wówczas bardziej fizjologicznie, że znacznie mniej jest interwencji położniczych.
Potwierdził on również, że na każdą salę porodową może wejść ojciec - to nie wymaga ani dodatkowych wydatków, ani większej rewolucji na sali porodowej. Potrzebna jest tylko akceptacja ordynatorów bloków porodowych.
Zdaniem pana profesora Marianowskiego, który jako pierwszy w Warszawie zezwolił na obecność męża przy porodzie, odrzucanie męża od rodzącej żony i noworodka od matki jest niehumanitarne!
Dr Sioda z Poznania wysunął propozycję dwu alternatywnych możliwości: porodu w szpitalu z obecnością ojca, albo podtrzymywanie tradycji rodzenia się dzieci w ich rodzinnych domach, co jest bardziej bezpieczne niż kiedyś ze względu na dobrze wyszkoloną kadrę położnych. Zaproponował również, by wizyty kobiet ciężarnych w poradniach K odbywały się w obecności męża jeśli chcą tego oboje. Postulował dłuższy płatny urlop dla ojca po porodzie w celu umożliwienia kontaktu z własnym dzieckiem, dla współudziału w opiece nad nim, pomocy żonie, dla umacniania więzi rodzicielskich.
Dyskusję nad pozycją rodzącej rozpoczął pan profesor Cekański stwierdzeniem, że największym błędem w położnictwie jest pozycja leżąca na wznak przy porodzie. Pozycja ta przypomina panu profesorowi robaka przewróconego do góry nogami, czyli jest to pozycja dająca poczucie bezradności, niemożności wykonania jakiegokolwiek celowego ruchu. Powoduje to konieczność potęgowania wysiłku dla efektywnego wyparcia, wypchnięcia dziecka. Pan profesor zwrócił również uwagę na duży błąd prowadzenia l okresu porodu w pozycji leżącej rodzącej. Uważa on, że rodząca powinna w tym okresie chodzić (poza przypadkami wyraźnych przeciwwskazań), gdyż chodzenie, zmiana pozycji ułatwiają postęp porodu, poprawiają komfort rodzenia szczególnie wówczas, gdy rodząca ma przy sobie osobę bliską: "rodzącej nie można zostawić w samotności".
Pan profesor Pisarski opowiada się za nowoczesnym porodem programowanym. Docenia jednak wszystkie walory rodzenia w domu, pod fachową opieką. Otwarcie przyznał, że chciałby, by jego najbliżsi rodzili w domu.
Pani profesor Sicińska-Kuczyńska wypowiadając się na temat pozycji przy porodzie, powiedziała, że ze wszystkich możliwych fizjologicznych pozycji przy porodzie wybrałaby pozycję kuczną. Nie preferuje jednak tej pozycji ze względu na utrudnioną ochronę krocza i brak możliwości jego obserwacji. Stwierdziła ponadto: "lepiej jest zeszyć dobrze nacięte krocze niż pęknięte".
Pan profesor Słomko proponuje, by w pozycjach fizjologicznych wybierać cięcie krocza w linii środkowej. Jednak ze względu na możliwość powikłań technikę tę zastrzega do stosowania tylko dla doświadczonych położników.
Uczestniczący w sympozjum w Katowicach pan profesor Łysikiewicz ze Stanów Zjednoczonych (z pochodzenia Polak) w swoich kilku wypowiedziach przekazał szereg ciekawych informacji. Mówił o tym, że w Stanach Zjednoczonych najwięcej porodów odbywa się w domu, mniej w szpitalu, ale w udomowionych warunkach, najmniej w typowo szpitalnych salach porodowych, przy czym większość z tych ostatnich to porody naturalne, bez interwencji farmakologicznej, czy zabiegowej (nie zapisałam dokładnych danych). Jeśli chodzi o pozycję przy rodzeniu, to w pozycji siedzącej odbywa się 38% porodów, 29% na boku "w półprzysiadzie", 21% w pozycji na wznak (głównie porody zabiegowe), 3,8% w pozycji kucznej i 7,2% w innych pozycjach. Rodzące w 91% otrzymują posiłki w czasie porodu. W porodach domowych na 11 814 porodów uszkodzenia krocza spowodowane są w 17% nacięciem, w 49% pęknięciem (w tym 1,5% trzeciego stopnia), czyli pęknięcia pierwszego lub drugiego stopnia, 44% bez obrażeń.
Na tę ilość porodów 15 dzieci zmarło, w tym 4 dzieci z powodu zespołu błon szklistych (te prawdopodobnie udałoby się uratować, gdyby poród był w szpitalu), a 11 dzieci zmarło z powodu wad rozwojowych.
Jestem przekonana, że należałoby wyciągnąć z tych wypowiedzi wnioski zmierzające do unowocześnienia naszego spojrzenia na poród i wszystko co się z nim wiąże: miejsce porodu, pozycję rodzącej, obecność ojca przy narodzinach własnego dziecka, na konieczność pozostawienia noworodka z jego matką od pierwszych sekund po urodzeniu.
Jaki powinien być udział położnych w pracy na rzecz rodziny, na rzecz społeczeństwa?
Według mnie jest to cały proces wychowania, przygotowania dziewcząt i chłopców do odpowiedzialności w podejmowaniu życia płciowego ze względu na możliwość przekazania życia. Jest to proces przygotowania do macierzyństwa, do ojcostwa. Rolą położnej pracującej w szkole, w rejonie, na oddziale szpitalnym jest uczenie dziewcząt i kobiet delikatności, ukazanie wartości nawiązywania czułej więzi pomiędzy matką i dzieckiem, rodzicami i dzieckiem, pomiędzy samymi rodzicami. Taka postawa w pracy położnej pomogłaby w tworzeniu społeczeństwa prawdziwie solidarnego, wrażliwego na potrzebę urzeczywistnienia się miłości wzajemnej. Położna powinna umieć nauczyć małżeństwo wyznaczania dni płodnych i niepłodnych, pomóc przygotować się młodym ludziom do poczęcia i rodzicielstwa. Rodzice wspólnie z położną mogą przeżyć przygodę życia dziecka od poczęcia przez cały czas jego życia prenatalnego, poprzez obecność i uczestnictwo w porodzie, a potem przez coraz bardziej sporadyczne kontakty z dorastającymi już dziećmi oraz wreszcie osobami dorosłymi. Znam to wspaniałe odczucie satysfakcji, gdy młoda kobieta zwróciła się do mnie: "pani przyjmowała mnie na świat, teraz ja będę rodzić moje dziecko i pragnę, by również urodziło się przy pani".
Położna powinna być przyjacielem i opiekunem kobiety w stanie błogosławionym i rodzącej, przyjacielem rodziny. Położna musi umieć poradzić każdej kobiecie również i tej stojącej na rozdrożu, gdy podjąć musi trudną decyzję w przypadku niezamierzonego poczęcia. Nauczmy społeczeństwo odpowiedzialności za poczęcie, odpowiedzialności za kontakty płciowe, doceńmy ich wartość, ale miejmy też świadomość, że seksualność wiąże się również z możliwością przekazywania życia.
Zadaniem położnej jest również przekazywanie rzetelnych informacji o konsekwencjach stosowania antykoncepcji hormonalnej, wkładek wewnątrzmacicznych i innych środków, o dalszych możliwych powikłaniach postaborcyjnych. Przecież w swojej pracy wielokrotnie stykamy się z tragediami jakie przeżywają kobiety, które nie mogą donosić kolejnej "ciąży", tragediami kobiet leczących się wiele lat z powodu wtórnej niepłodności.
Popatrzmy jak wspaniałym jest nasz zawód, w jak różnych możemy być rolach społecznych, ile możemy nieść dobra i przekazywać je innym, ile możemy mieć i dla siebie radości i satysfakcji, a ile też razy uczestniczymy w trudnych sytuacjach, z których nie ma wyjścia, gdy pozostaje tylko nasza obecność np. w opiece nad umierającym. Oczywiście najwspanialszą radością dla położnej jest współuczestniczenie w przyjmowaniu życia. Kobieta jednak w tym momencie chciałaby być z położną, do której ma zaufanie, z którą czuje się dobrze. Można wykorzystać sprawdzony i dobrze funkcjonujący w innych krajach system opieki np. w Holandii, Szwecji, Niemczech, Stanach Zjednoczonych - system współpracy kobiet ciężarnych i rodzących z położnymi. Od początku zaistnienia ciąży kobieta zgłasza się do położnej lub zespołu położnych i ona (lub one) zajmują się nią przez cały czas wewnątrzmacicznego rozwoju dziecka, odpowiadając zawodowo za jego prawidłowy przebieg. W każdej najmniejszej zaobserwowanej patologii położne zobowiązane są do skierowania kobiety do lekarza, skierowania na badania laboratoryjne. Wówczas lekarze sami opiekują się tą kobietą bądź ze stosownymi poleceniami z powrotem przesyłają ją do położnych. Położne samodzielnie prowadzą poradnie dla kobiet z fizjologicznym przebiegiem ciąży, cykle pogadanek i ćwiczeń przygotowujących do porodu. Kobieta, znając te położne, ma możliwość wyboru jednej z nich, prosząc o współuczestniczenie przy porodzie w domu lub w szpitalu.
W naszym kraju powinniśmy postępować podobnie. Decyzja uczestniczenia męża w porodzie powinna być również pozostawiona samym małżonkom, bowiem wybór postępowania co do własnej osoby to podstawowe prawo wolności człowieka.
Polskie położne mają dobre przygotowanie zawodowe na bazie bardzo dobrego programu szkolenia w Studium Medycznym. Daje im to możliwość samodzielności w pracy zawodowej w przypadku fizjologicznego przebiegu ciąży i porodu.
W Holandii około 40% porodów odbywa się w domu. Kolejne 30% przypada na małe sale porodowe przypominające warunki domowe. Pracują tam głównie same położne. Porody w Holandii cechuje niska umieralność okołoporodowa matek rodzących i noworodków, a równocześnie niska zabiegowość. Jest to więc wynik pracy położnych.
Polska położna potrafi rozpoznać patologię zarówno w przebiegu ciąży jak i porodu. Obowiązana jest w takich przypadkach jak najszybciej skonsultować się z lekarzem położnikiem. Tak jest w szpitalu, tak mogłoby być i w jej samodzielnej pracy.
- Nasi lekarze położnicy doskonale potrafią zadziałać w każdej patologii: posiadają umiejętność nie tylko stosownego wyboru postępowania, ale również dużą sprawność organizacyjną i manualną w działalności zabiegowej. W związku z tym wydaje się słusznym, by swoje umiejętności wykorzystywali przede wszystkim w sytuacjach trudnych diagnostycznie lub patologicznych.
Gdyby naszym położnym, zgodnie z ich przygotowaniem zawodowym, uznano pełną odpowiedzialność zawodową za opiekę nad fizjologiczną ciążą i porodem, to lekarze nie rozpraszaliby się i nie tracili swych sił oraz cennych umiejętności na czuwanie przy fizjologicznie przebiegających porodach. Mieliby więcej spokojnego czasu i energii do gotowości działania w sytuacjach położnicze trudnych.
Kobiety w Polsce mają wspaniałą opiekę przedporodową, dzięki czemu przebieg ciąży u większości z nich jest prawidłowy. Zatem porody w większości powinny być fizjologiczne, naturalne.
Większość młodych małżeństw w Polsce nie jest jednak dobrze przygotowana do porodu, do współuczestniczenia w nim. Czy jest to tylko ich wina? A może przyczyną jest brak stosownych działań ze strony położnych i lekarzy? Powinniśmy wspólnie zastanowić się nad tym, jakie podjąć działania, by ten stan uległ poprawie. Jak wygląda nasza oświata zdrowotna? Niestety, realizuje się ją głównie na papierku: odbyło się x pogadanek, rozdano x broszurek, wykonano x gablot o tematyce zdrowotnej ... Na pewno stać nas na więcej.
Na sympozjum w Katowicach w 1989 roku przedstawiono wyniki ścisłej korelacji pomiędzy wyraźnym statystycznie obniżeniem się umieralności okołoporodowej, zabiegowości, zmniejszeniem liczby poronień i porodów przedwczesnych, a działalnością profilaktyczną prowadzoną przez szkoły rodzenia i poradnie K w województwie katowicki m. Zatem wiele zależy od nas samych, położnych i położników. Sądzę, że musimy zacząć od siebie, od zmiany własnych postaw, przyzwyczajeń, od rezygnacji z posiadania monopolu na wiedzę.
W naszych szpitalach wiele może się zmienić przy minimalnym nakładzie środków, które w niedługim czasie będą procentowały konkretnymi oszczędnościami, wręcz zyskiem w pojęciu ekonomicznym. Sekcja Położnych Stowarzyszenia na Rzecz Naturalnego Rodzenia i Karmienia opracowała już dawno takie propozycje zmian dotyczące pionu położniczego. Jako członek zarządu wymienionego Stowarzyszenia brałam czynny udział w opracowywaniu tych propozycji. Dotyczą one możliwości wyjścia naprzeciw potrzebom młodych ludzi, którzy nie chcą rodzić dzieci w szpitalach tak zorganizowanych jak nasze. Jako członek grupy inicjatywnej tej sekcji, od maja 1990 roku, współuczestniczyłam w kilku spotkaniach w Ministerstwie Zdrowia z wieloma osobami kompetentnymi zajmującymi odpowiedzialne stanowiska w tym resorcie. Rozmawiałyśmy również z Krajowym Konsultantem d/s położnictwa.
Ogólne założenia naszych propozycji dotyczą:
1) obecności męża lub innej osoby bliskiej rodzącej przy
porodzie,
2) wydzielenia chociażby jednego pomieszczenia przy sali porodowej lub obok oddziału położniczego czy izby przyjęć do rodzenia w warunkach pełnej intymności - pomieszczenie to powinno mieć wystrój mieszkania "domowego", czyli udomowiona sala porodowa w szpitalu,
3) kobiety po porodzie trzymałyby dziecko przy sobie (niepotrzebny oddział noworodkowy) i mogłyby wyjść do domu kilka lub kilkanaście godzin po porodzie w zależności od ich sytuacji zdrowotnej i własnego życzenia,
4) organizacyjnego zaakceptowania porodów w domu. Do tego niezbędnym jest natychmiastowe przyjęcie do szpitala każdej kobiety przywiezionej przez położną w trakcie porodu w przypadku jego powikłanego przebiegu, do czasu zlikwidowania rejonowych przyjęć - zgodnie z rejonizacją.
Te proste zmiany spowodowałyby zwiększenie liczby wolnych łóżek w szpitalnych oddziałach położniczych dla tych kobiet, które chcą (mają do tego pełne prawo), bądź powinny tam rodzić.
Wszystkie osoby, z którymi rozmawialiśmy, zgadzają się na te propozycje, niemniej dotychczas nie zapadły żadne wiążące decyzje. Decyzje te pozostawia się indywidualnej inwencji ordynatorów poszczególnych oddziałów położniczych, gdyż oni są odpowiedzialni za "swoje rejony", oni rozliczani są ze statystyki zabiegowości, urazowości, umieralności okołoporodowej.
Wydaje się, że w tej kwestii tak długo nic się nie zmieni, jak długo będzie funkcjonował dotychczasowy system pracy służby zdrowia, dotychczasowy system rozliczeń z tej pracy, jak długo istnieć będzie odpowiedzialność zbiorowa instytucji służby zdrowia.
Nie mam prawa i nie chcę negować wszystkiego, co wiąże się z tym systemem, wiem jednak, że wiele powinno się w nim zmienić.
Stereotypy myślenia organizacyjnego w położnictwie
Czas najwyższy, by zmienić dotychczasowe stereotypy myślenia organizacyjnego w położnictwie, by obalić schematy pracy, by wyzbyć się postawy monopolistycznej co do "zawładnięcia" kobietą w czasie rodzenia. My, położne i położnicy mamy prawo i obowiązek przedstawiania kobiecie rodzącej propozycji co do postępowania w czasie porodu, obowiązek rzetelnego wyjaśniania tych propozycji, skutków braku ich zaakceptowania przez rodzącą. Nie mamy prawa postępować wbrew jej woli. Doskonale wiem, że pacjentka w szpitalu podpisuje zgodę na proponowane leczenia, na operację. Pozornie wszystko jest w porządku. Ale czy naprawdę tak jest zawsze?
W szpitalnej izbie przyjęć kobieta podpisuje historię przebiegu ciąży i porodu, w miejscu wskazanym przez położną, nie zawsze wiedząc, co podpisuje (odczuwanie bólu związanego ze skurczami macicy, świadomość, że zostaje w obcym środowisku i trudnej sytuacji i sama bez kogoś bliskiego). W praktyce szpitalnej podpis ten stanowi swoisty glejt dla personelu szpitala do ubezwłasnowolnienia kobiety, do podejmowania decyzji za nią, do wydawania dyspozycji dotyczących jej osoby.
Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia - WHO (Polska jest sygnatariuszem tej organizacji), nie ma uzasadnienia wykonanie lewatywy, czy golenia krocza każdej kobiecie przed porodem. Zamykamy oczy na fakt, że najczęściej czynności te wykonują panie salowe nieprzygotowane "fachowo" do tych zabiegów, że golą krocze żyletkami wielokrotnego użytku. Lekarze i położne nie wyobrażają sobie, by mogła rodzić kobieta z nieogolonym kroczem, gdyż najczęściej dokonuje się rutynowego jego nacinania, szczególnie przy pierwszym porodzie.
Po co goli się cały srom łącznie ze wzgórkiem łonowym? Jakie jest uzasadnienie rutynowego golenia każdej kobiety przyjmowanej do szpitala, czy to na kilka dni obserwacji na oddziale patologii ciąży bez względu na "wiek ciążowy", czy też do zdiagnozowania krwawień z dróg rodnych u kobiet przyjmowanych na oddział ginekologiczny? Jeśli robi się tak ze względu na łatwiejsze utrzymanie higieny sromu, to dlaczego nie polecamy każdej kobiecie golić dokładnie krocze w domu w dniach krwawień miesiączkowych?
A lewatywa? Celem jej jest opróżnienie odbytu z mas kałowych. Faktycznie, jeśli kobieta rodzi na łóżku porodowym w pozycji "horyzontalnej", przy braku lewatywy jest nieestetyczny widok tychże mas kałowych. Zatem lewatywa jest po to, by nie kalać naszego poczucia estetyki, do którego również mamy prawo.
A czy kobieta naprawdę musi rodzić w pozycji na wznak? W dyskusjach na ten temat lekarze jednoznacznie odpowiadają, że inna pozycja utrudnia ochronę krocza, że uniemożliwia jego obserwację, że lepiej jest zaszyć nacięte krocze niż pęknięte. Oczywiście, mają rację. Należałoby jednak w tym miejscu
rozważyć co jest ważniejsze: nasza wygoda, odrzucanie tego co utrudnia obserwację, technikę nacięcia i szycia krocza, dostęp do krocza przy porodzie, technikę przyjmowania porodu, czy też ułatwienie kobiecie rodzenia i zapewnienie jej podstawowej dla niej potrzeby bezpieczeństwa. Czy można czuć się bezpiecznym w pozycji leżącej na wysokim łóżku porodowym nawet wówczas, gdy wokół są urządzenia odpowiedzialne za to bezpieczeństwo?
Zachłystujemy się radością z możliwości korzystania ze wspaniałej aparatury monitorującej. Słusznie. Czy jednak nie jest przesadą podłączanie tej aparatury każdej rodzącej? Aparatura powinna być stosowana wówczas, gdy uznamy to za niezbędne. W wielu salach porodowych stało się to rutyną. W świetnie prowadzonej klinicznej sali porodowej każdej rodzącej zakłada się pelotę UDT na brzuch - tętno płodu słychać non stop jednocześnie z kilku łóżek. Czy wszyscy mamy tak świetnie opanowaną umiejętność percepcji, by przez kilkanaście godzin nie tylko słyszeć, ale i oceniać kilka odgłosów tętna jednocześnie? Takie postępowanie warunkuje naszą wygodę w obserwacji. Na pewno nie jest to wygodne, ani dobre dla naszych rodzących. One czują się "przywiązane do łóżka".
Bezspornie dobre przygotowanie lekarzy do porodów zabiegowych powoduje też niestety, czasami niezamierzone spatologizowanie porodu. Działanie docelowe jest humanitarne - aby kobieta nie cierpiała i szybciej urodziła: "proszę podać środki naskurczowe", "proszę podłączyć oksytocynę" (często jest polecenie podania 10 jednostek oksytocyny 5% glukozy w 500 ml!).
Oczywiście, najczęściej uzyskuje się ten zamierzony cel. Zdarza się jednak, że macica reaguje nadmiernie na egzogenną oksytocynę, w wyniku czego dochodzi do zbyt intensywnej czynności skurczowej, co z kolei doprowadza do powstania i pogłębiania się niedotlenienia dziecka i jest w dalszej kolejności powodem podjęcia decyzji o zabiegowym ukończeniu porodu.
Najczęściej zbędne stosowanie leków uspokajających i spazmolityków utrudnia kobiecie przygotowanej do porodu samokontrolę i współdziałanie z siłami natury.
Jeszcze raz chcę podkreślić prawdę, że poród nie jest chorobą. Zróbmy wszystko, by było to nie tylko prawdą, ale i rzeczywistością respektowaną w praktyce.
Czy rodzące się dziecko czuje?
Przypatrzmy się szpitalnym zwyczajom postępowania z dzieckiem od momentu jego wychodzenia na świat zewnętrzny. Moje spostrzeżenia potwierdzają myśli Leboyer'a zawarte w książce Narodziny bez przemocy.
Dlaczego oślepiamy dziecko kierując na jego oczy lampy reflektorów? Co chcemy zobaczyć w takim świetle? Jeśli myślimy o ochronie krocza, to moment jego ewentualnego "zbielenia" spostrzeżemy w zwykłym oświetleniu. Jak reaguje dziecko, które do tej pory przebywało w ciemnym wnętrzu macicy? Oślepiamy je w momencie przejścia jego główki na zewnątrz. Jak czujemy się sami w chwilę po spojrzeniu na słońce? Oczy dziecka tuż po urodzeniu się w warunkach domowych są otwarte, jest w nich ciekawość nowego otoczenia, one spokojnie lustrują wszystko.
Na sali porodowej jest głośno. Hałas pracujących UDT, wokół przynaglenia wypowiadane podniesionym głosem: "...mocniej, mocniej, poprzeć, jeszcze raz, za mało nabrałaś powietrza, pełna pierś powietrza i mocno!".
W tych warunkach rodzi się dziecko. Dotychczas słyszało oddech matki, ruchy jelit, jej głos (przez przeponę), stłumione odgłosy osób przebywających w otoczeniu (w tym głos własnego ojca). Nikt z nas nie lubi wrzasków, podniesionych głosów. Czy można zmniejszyć hałas na sali porodowej?
Czy na pewno musimy tak szybko zaciskać pępowinę? Przecież działając w ten sposób zmuszamy dziecko do natychmiastowego "przejścia" na własny tor oddychania, czyli zmuszamy je do gwałtownego wciągnięcia powietrza, które dla niego jest suche i drażni drogi oddechowe. Krzyk noworodka spowodowany jest wtenczas bólem, który odczuwa on w płucach. Pozwólmy mu na spokojną, stopniową adaptację do nowego systemu oddychania. Zaśluzowanego noworodka można "odsysać" również wówczas, gdy leży na brzuchu swojej matki przy tętniącej nadal pępowinie. Wyjątkiem będzie konflikt serologiczny czy chociażby niezgodność serologiczna (możliwość wytwarzania przeciwciał w czasie porodu wskutek stresu porodowego).
Czy istnieją racjonalne, merytoryczne powody przechwycenia dziecka przez "personel noworodkowy" do kącika noworodka i jak najszybciej na oddział noworodkowy?
W fizjologicznym porodzie, przy późnym odpępnieniu, odśluzowanie jest rzadko potrzebne. Dziecko aspiruje wody płodowe wówczas, gdy zmuszone jest wciągnąć szybko do płuc powietrze. Czy są medyczne przeciwwskazania do odpępniania dopiero 5 lub 10 minut po urodzeniu inne niż konflikt serologiczny lub np. krwotok matki? Dopóki tętni pępowina, istnieje dowóz tlenu z krwią matki do organizmu dziecka.
Leboyer porównuje pierwszy wdech dziecka po szybkim odpępnieniu do pełnego zaciągnięcia się dymem z pierwszego w życiu papierosa: oczy wypełniają się łzami, twarz przekrwiona, okropny, suchy, drażniący kaszel. Żaden palacz nie wspomina tego momentu z rozrzewnieniem. Oszczędźmy maleńkiemu człowiekowi tych okrucieństw. Pozwólmy mu wejść w nasz świat spokojnie, uszanujmy jego człowieczeństwo. Pomóżmy mu, przekonajmy go, że robimy świadomie wszystko, by mu pomóc.
Nie udowodnimy naszej troski o jego dobro ostrymi reflektorami (witamy go jak aktora na scenie?), nasilającym się tembrem naszych głosów dopingujących do parcia, zręcznym wsunięciem cewnika do tchawicy, szybkim odpępnieniem lub sprawnym obracaniem go w celu zmierzenia, zważenia, zawinięcia w pieluchy. A może nasza humanitarna, pełna troski o dziecko postawa polega na pośpiesznym zabraniu go do jego łóżeczka, gdzie będzie mu wygodnie i ciepło, bo zawijamy go w kokonik z pieluch?
On na pewno wybrałby brzuch swojej matki, gdzie jest jego nisza ekologiczna, gdzie są bakterie, które skolonizują wszystkie inne - znajoma mu flora bakteryjna matki osłoni go przed innymi szczepami bakterii. Jest to miejsce ciepłe, bezpieczne, stąd blisko do czułych rąk matki. Przykryjmy go tylko ciepłą pieluchą, ściszmy swoje radosne głosy.
Chcemy na siłę, by dziecko było natychmiast eleganckie, czyste: czeszemy szczotką jego włoski, zmywamy mu resztki mazi płodowej, która chroni jego skórę. Czy jemu zależy na tej "elegancji"? A może on zdecydowanie wolałby zostać ze swoją mamą, która zaakceptuje jego nieuczesane włoski, jego zaczerwienioną lub nawet lekko zasinioną z wysiłku rodzenia skórę. Mama przytuli, pogłaszcze, da poczucie bezpieczeństwa na pewno większe niż dać mu mogą nasze wyćwiczone, sprawne dłonie.
Na naukowym sympozjum w Jerozolimie, w którym uczestniczyli też polscy lekarze położnicy i pediatrzy, przedstawiono prace badawcze wykazujące niekorzystny wpływ izolacji dziecka od matki zaraz po porodzie. Nowo narodzone dziecko wymaga szczególnego zaspokojenia elementarnej potrzeby więzi z matką i potrzeby bezpieczeństwa koniecznych do prawidłowego rozwoju psychofizycznego i osobowego. Potrzeba ta może być zaspokojona tylko przez bezpośredni, cielesny, czuły kontakt z matką i przystawienie do piersi możliwie jak najszybciej po urodzeniu. Dziecko pozostawione z matką, otoczone jej czułością, przytulone i głaskane jest spokojniejsze. W ciągu pierwszej godziny po porodzie wykazuje swoistą czujność i gotowość do nawiązywania kontaktu dotykowego i wzrokowego - ma otwarte oczy i poszukuje tego kontaktu.
Również gotowość ssania jest najaktywniejsza w pierwszych 30-60 minutach po urodzeniu. Wtedy też u matki występuje szczyt działania prolaktyny, hormonu zapoczątkowującego laktację i nasilającego instynkt macierzyński.
"Odebrać dziecku pierś matki, to potargać najściślejszy z węzłów łączących dwie istoty" - to prawda wypowiedziana przez znanego humanistę, lekarza pediatrę - Janusza Korczaka.
Wczesne przystawienie dziecka do piersi w sposób naturalny działa na prawidłowe obkurczanie się macicy i tym samym zapobiega krwotokom położniczym. Środki farmakologiczne przy porodach fizjologicznych należałoby stosować tylko w tych przypadkach, gdy macica nie obkurcza się w sposób naturalny. Zlikwidowałoby się wówczas wkraczanie ze środkami farmakologicznymi profilaktycznie, co obniżyłoby również koszty pobytu rodzącej w szpitalu, a przede wszystkim pozwoliło na swobodne działanie natury.
Dziecko pozostawione z matką, przynajmniej przez dwie pierwsze godziny po porodzie, zachowuje równowagę immunologiczną, naturalną biocenozę z matką. Matka jest pierwszym ekologicznym światem dla dziecka i pierwszą żywą materią dla niego. Jej myśli, uczucia i emocje są odbierane przez dziecko drogą hormonalną i energetyczną. Zatem nienaturalne i sprzecz-ne z potrzebami dziecka jest izolowanie go od matki tuż po jego urodzeniu, pozbawienie go w najbardziej dramatycznym momencie życia w jego nowym środowisku bezpośredniego kontaktu z matką, odebranie mu poczucia bezpieczeństwa.
Takie postępowanie jest niezgodne z prawem, narusza postanowienia 24 artykułu Kodeksu Cywilnego mówiącego o ochronie dóbr osobistych człowieka. Próbujemy bronić się przed oskarżeniem nieprzestrzegania tego kodeksu twierdząc, że powszechnym w oddziałach położniczych jest system rooming in. U nas system ten traktowany jest czysto formalnie, jest tylko wygodną modyfikacją systemu tradycyjnego. Noworodki zabiera się od matek zwykle na pierwszych 12 godzin po urodzeniu. Na salach noworodkowych często są pojone, a na-wet z "dobrego serca" podaje się im mieszanki. Przekreśla się w ten sposób istotną ideę systemu rooming in.
VI punkt Deklaracji Praw Dziecka w raporcie WHO z 1951 roku podkreśla, że nie wolno dziecka odłączyć od matki. Ważność tego wymogu jest proporcjonalna do bezradności dziecka.
Jeszcze raz powołam się na relację z Kongresu Psychologii Prenatalnej w Jerozolimie. Przedstawiono tam wyniki technik rebirthingowych pozwalających na udowodnienie wpływu emocji matki na znajdujące się w jej łonie dziecko. Wyniki tych badań określają jednoznacznie, że dziecko jest świadome w łonie matki: czuje, doświadcza, przeżywa. Badania te potwier-dzają przemyślenia doktora Leboyer'a, że wyjątkowo ważnym momentem doświadczeń psychicznych i emocjonalnych czło-wieka jest czas jego przechodzenia z łona matki na świat zewnętrzny. Wykazano też ścisłą korelację zmian psychicznych, nerwicowych u kobiet z ich przeżyciami okołoporodowymi.
Niekorzystny wpływ na przebieg porodu, na rozwieranie szyjki macicy mają: brak osoby bliskiej, lęk rodzącej przed atmosferą sali porodowej, przed krzykami innych rodzących, przed obnażaniem w czasie kolejnych badań, przed aparaturą, przed obcymi ludźmi, przed bólem. Ponieważ między matką a jej rodzącym się dzieckiem istnieje absolutna zależność, oczywis-tym jest, że lęk matki potęguje lęk rodzącego się dziecka i może być przyczyną ostrego niedotlenienia.
Wiedza zdobyta w szkole wymaga ciągłego uzupełniania
Współczesny położnik, położna i pediatra winni wciąż uzupełniać swoją wiedzę nie tylko z położnictwa i pediatrii, ale również z embriologii, fetologii, psychologii prenatalnej, dziedzin tak dynamicznie rozwijających się. Nauka nie może kończyć się z chwilą uzyskania dyplomu.
W Zakładzie Epidemiologii i Programowania Ochrony Kobiet, Dzieci i Młodzieży Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie oraz w Zakładzie Pielęgniarstwa Klinicznego i Rehabilitacji Akademii Medycznej w Lublinie przeprowadzono badania pilotażowe wśród położnych i pielęgniarek w zakresie karmienia naturalnego piersią. Pozwolę sobie przytoczyć wyniki tych badań:
- 13 pielęgniarek i położnych środowiskowych nie rozumie pojęcia "karmienie na żądanie",
- tylko 1,9% respondentek uznaje słuszność takiego sposobu żywienia dziecka do trzeciego tygodnia życia dziecka,
- w dalszym ciągu średni personel medyczny preferuje systematyczne karmienie 6-8 razy na dobę i dopajanie oraz zaleca od trzeciego tygodnia życia wyłącznie karmienie sztuczne jako "łatwiejsze do kontroli" - aż 70-88% respondentek.
Znam również taką autentyczną sytuację, kiedy lekarz pediatra twierdząc, że dziecko waży poniżej normy polecił matce ważyć pieluszki zużyte podczas doby, by sprawdzić w ten sposób ile dziecko wysysa z piersi. Może trudno w to uwierzyć, ale to prawdziwa historia. Inny pediatra uparcie poleca matkom ściąganie pokarmu przed każdym karmieniem, by mieć kontrolę nad ilością zjedzonego przez dziecko pokarmu.
Sądzę, że istnieje potrzeba reedukacji personelu pionu opieki nad matką i dzieckiem, zmian organizacyjnych na oddziałach położniczo-noworodkowych.
Jaka jest rola ojca i męża!
Z przytoczonych wcześniej opinii twórców współczesnego położnictwa jasno wynika konieczność obecności ojca przy rodzeniu się jego dziecka. Z własnych doświadczeń wiem również, że jego rola w porodzie jest nieoceniona. Jest on osobą wspierającą swoją żonę, chociażby przez akceptację jej wciąż zmieniającej się sylwetki, kochając w tej zmianie swoje dziecko. Bawi się z własnym dzieckiem, rozmawia z nim przez ciało swojej żony. Daje to też nowy wymiar ich więzi i miłości małżeńskiej, ubogaca ją w nowe doznania, sprawia, że są jednym ciałem duchowym i fizycznym, w którym spotykają się w uczuciach oni troje: mateczka, ojciec i ich rosnące, niewidzialne, ale wyczuwalne dziecko. Mąż taki wielokrotnie potrafi wyrzec się świadomie wielu dotychczasowych potrzeb i przyjemności, np.: rzuca lub ogranicza palenie, rezygnuje z wypraw w góry choć jest to jego pasją, wspólnie z żoną wykonuje w domu lub pomaga wykonywać ćwiczenia trenowane w szkole rodzenia, wykonuje cierpliwie masaże rozluźniające, odprężające matkę swojego dziecka. Mądra żona widząc taką postawę potrafi również czasami zrezygnować z bardzo potrzebnej jej obecności męża w domu namawiając go chociażby na tę wyprawę w góry. Jeśli kobieta w czasie ciąży tak mocno odczuwa nie tylko obecność męża przy sobie, ale i jego opiekuńczość, troskę, miłość, jego roz-wijające się uczucia do dziecka, to czuje się w stanie naprawdę błogosławionym, a nie w "ciąży", wówczas mąż staje się niezbędny w jej życiu.
Stąd prosty wniosek: jeśli będą się wspierać, umacniać w tym okresie, ich współpraca w porodzie jest czymś oczywistym, wręcz staje się potrzebą, koniecznością. W długich godzinach porodu w domu widoczny jest podziw mężów dla wysiłku ich rodzących żon, umiejętności przyjęcia bólu, przeżywania bólu:
"ja chyba nie byłbym w stanie tego znieść", "nie przypuszczałem, że w niej jest tyle sił i odporności psychicznej do pokonania bólu, który przeżywa świadomie dla dobra naszego dziecka", "ona jest wspaniała", "dopiero teraz przekonałem się w pełni, jaką wspaniałą kobietą jest moja żona" - to cytaty zwierzeń moich "domowych tatusiów".
Współudział męża przy porodzie procentuje w dalszym życiu rodzinnym. W mężczyźnie obecnym przy swoim dziecku od chwili poczęcia, przez czas jego wzrastania w łonie matki, do trudnego dla dziecka czasu rodzenia, rozwijają się, potęgują uczucia ojcowskie tak, że z radością bierze czynny udział w jego pielęgnacji, wychowaniu. Często więcej od swojej żony wykazuje cierpliwości do dziecka, gdy jest ono chore, gdy marudzi z nierozszyfrowanego przez rodziców powodu. Często też dziecko szybciej uspokaja się w obecności swojego taty.
Dotychczas w naszym społeczeństwie taka postawa nie była akceptowana, wręcz pokpiwano, wyśmiewano się z takich mężczyzn. Kobieta zawsze otrzymywała pomoc, wsparcie psychiczne od rodziny, przyjaciół, znajomych. Mężczyzna stał jakby obok, był odsuwany na dalszy plan, szczególnie po urodzeniu dziecka. Jest zupełnie inaczej, gdy sam odszuka się w swojej roli od początku, czyli od zaproszenia dziecka do zaistnienia jak to określa profesor Włodzimierz Fijałkowski.
Nazewnictwo, z którym trzeba walczyć
Samo nazewnictwo bardzo mocno kształtuje naszą stechnicyzowaną postawę. Spróbujmy wspólnie z profesorem Fijałkowskim rezygnować z przyzwyczajeń, spróbujmy korzystać z jego propozycji wprowadzenia nowych określeń do położnictwa. Potocznie używane zwroty, określenia, nazwy używane w poradniach dla kobiet, w oddziałach położniczych, w salach porodowych są odhumanizowane. Przestańmy w codziennej pracy mówić o rozwijającym się płodzie, o rodzącym się płodzie, o zaburzeniach tętna na trzecim łóżku, o rodzącym drugim łóżku, o odpływających wodach na pierwszym, o zbadaniu czwartego łóżka, czy "zrobieniu" stanu ogólnego po porodzie.
Kobieta nie może być przedmiotem naszej pracy. Czy zastanawialiśmy się chociaż raz jak czują się kobiety leżące na tych łóżkach porodowych słysząc takie rozmowy?
Określenie "płód" jest takie odczłowieczone... Płód traktowany jest jako przedmiot porodu, a jego matka jest bezimienną rodzącą lub ciężarną. Najczęściej kobieta nosząca w swym łonie dziecko z radością oczekuje na jego urodzenie. Nie jest więc ono dla niej ciężarem, nie jest więc kobietą "ciężarną".
Pan wiceminister zdrowia Piotr Mierzewski na oficjalnym spotkaniu z położnymi (byłam na tym spotkaniu) w kwietniu 1990 roku wypowiedział znamienne zdanie: "w naszych szpitalach poród pozbawiony jest godności". Dowiódł tym zdaniem, że dostrzega wiele nieprawidłowości, że dostrzega potrzeby zmian w tym zakresie. Szkoda, że jest tyle ważnych powodów, dla których nie jest on w stanie wydać stosownych zarządzeń, decyzji, które mogłyby zmienić tę przykrą rzeczywistość. Pan minister powiedział również: "...położna jest przyjacielem kobiety w stanie błogosławionym i kobiety rodzącej, jest przyjacielem jej rodziny... Należy przywrócić partnerską rolę lekarza i położnej, nadać położnej status samodzielnego medyka... Powinna być stworzona pełna możliwość przyjmowania porodów w domu dla samodzielnej położnej lub położnej pracującej w spółce".
Pozostaje pytanie: kto jest na tyle kompetentny, by zrealizować postulaty położnych i wypełnić słowa pana ministra?